Krisek i jego pomysły

Moje logo survivalowe
To jest moje logo -
zapamiętajcie je, może kiedyś spotkamy się na szlaku...

Zobacz mnie na GoldenLine

A OTO NASZ BANEREK...

www.survival.infocentrum.com

Wyprawa Tunguska 2008


Czy polskie rysie przetrwają?


www.xline.pl


Rozdział najczęściej aktualizowany


Moim zamiarem jest wpisywać tutaj najświeższe informacje i przemyślenia.

PAMIĘTAJCIE: ten serwis będzie zawsze nudnawy i bez polotu, jeśli nie będzie Waszej współpracy Drodzy Internauci i Najmilsi Poszukiwacze.
Bądźcie aktywni! Oczekuję od Was:
- pytań, na które odpowiem w serwisie
- informacji o tym, czego nie napisałem, lub co zrobiłem źle
- informacji o wydarzeniach survivalowych i innych
- informacji o Waszej działalności

PROSZĘ TEŻ O COŚ WAŻNEGO: (wynika to z naszej korespondencji) -
pytając o warunki obozu czy kursu, również o termin albo zakres nauk, nie zrażajcie się natychmiast, gdy czujecie, że być może to nie dla Was, bo np. nie czujecie się dość przygotowani.

Wszystkie sprawy są zawsze do dogadania.
Ja wręcz uwielbiam tworzyć imprezę lub szkolenie naginając je do indywidualnych potrzeb kogoś, kto tego pragnie.
I świetnie uczą się survivalu 8-letnie dzieci.
I 60-latkowie również...!



Możecie dokonywać wpisy w mojej 'KSIĘDZE GOŚCI' pod adresem www.survival.infocentrum.com/krisek/
lub też www.survival.infocentrum.com/koty/

ODPOWIEDZI  NA  PYTANIA  I  PROŚBY  Z  MAILI
oraz moje ODEZWY, PROŚBY I WYBRYKI...

Teksty tu umieszczone, po pewnym czasie przechodzą "kwarantannę" jako osobne pliki, a następnie przenosimy je do stosownych rozdziałów serwisu. Niczego nie kasujemy, tak że każdy "zniknięty" artykuł można znaleźć wśród bieżących odpowiedzi, w spisie treści po lewej stronie ekranu, lub na liście na dole tego pliku.


ODEZWY, PROŚBY I WYBRYKI...


DLA STUDENTÓW

Dla Was - do ściągnięcia:


PROPOZYCJE

[08.03.2010.]

Przy okazji zobaczcie propozycję wyjazdu dla Was na obóz na Ukrainie: http://www.petek.net.pl/zaproszenie-lato2010.htm.

Na wrzesień... szykujemy znów wyprawę do Rumunii z jazdą wozami 4x4 po ich dzikich górach. Czekamy na chętnych...


SZYKUJE SIĘ WYPRAWA

[08.03.2010.]

Kto czytał "Długi marsz" Rawicza, ten od razu zrozumie szaleństwo tego przedsięwzięcia... Sami zresztą zobaczcie: http://longwalk.pl/.


MAŁE MISIE DONOSZĄ

[01.03.2010.]

UWAGA:
Wszystko w tym temacie poniżej czytajcie aż do końca.
Najnowsze wieści od 'małych misiów' są na końcu...
zawsze na bieżąco...

W końcu stycznia przyszedł niespodziewany mail. Pisały do mnie 'male misie'. Z ich postu wynikało, że szykuje się wyprawa. Kto, z kim, dokąd, po co, na jak długo...? Było mi to niewiadome [a tymczasem to podróżnik ze Szczecina: Romek Zańko i jego dwunastoletni syn, Jonasz]. Po paru mailach zaczęło się robić coraz ciekawiej - postanowiłem rzecz opublikować (niczego w tekście nie zmieniam poza pierwszym mailem, w którym wyciąłem 'techniczny' wstęp oraz poza kilkoma postami, w których wyciąłem wymieniający osoby oraz nr konta tekst, który już raz na początku wystąpił).

28 stycznia 2010

U nas mlyn przedwyjazdowy. Walka o jakis sprzet i kase na transyberyjska. Wyglada ze bedziemy miec przynajmniej cieple spiwory. Byle tylko teraz jakas odwilz nie przyszla w Mongolii.

4 lutego 2010

Lublin 04.02.10
No to wyjechalismy. Choc bylo ciezko wystartowac. Tak ciezko ze zawrocilismy. Nie dalo rady tachac plecakow. Usiedlismy w domu i wyrzucilismy zapasowe gacie i...zarcie. Czekolady i batony, ciastka, chalwy. "Tyle dobra sie marnuje." Rozpaczal Jonasz. A ja sie zastanawialem co my bedziemy jesc, zwlaszcza przez piec dni w pociagu. Za to mamy duzo skarpet. Babcia Wanda jak nam dawala ciuchy na droge mowila:"Bardzo dobre skarpety." Wyglada na to ze przyjdzie nam je sprobowac. Na surowo. Chociaz pewnie najpierw je ukisimy..

Bedziemy probowali dostac sie stopem do Kijowa, a dalej do Moskwy pociagami lub stopem. Z Moskwy do Ulan Ude pojedziemy Koleja Transyberyjska. Dalej do Mongolii i przez Mongolie stopem. Tam wpadniemy sobie do jurty na herbatke, pogadamy se troszeczke (z uplywem lat czlowiekowi przechodzi ochota na szalenstwa i zaczyna doceniac uroki proszonych herbatek itp) i wio zpowrotem do domu, powtarzajac czesciowo letnia trase. Chiny, Wietnam, Kambodze, Bankog gdzie bedziemy szukac przelotu do Londynu.

Zamierzamy powrocic po Nowym Roku, po mongolskim Nowym Roku.

Nie wiem jak czesto uda sie nam znalesc internet. Na pewno znajdziemy cos w Ulan Ude i Ulan Bator. Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie:
www.podroznik.szczecin.pl

Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc(nie uzywajcie ikonki odpowiedz)

Jonasz i Romek z misiami

Czekamy na wasze listy i piszcie do nas tworzac nowa wiadomosc (nie uzywajcie ikonki odpowiedz)

W przygotowaniach i pomocy do wycieczki udział wzięli:
-Fabryka Styropianu ARBET www.arbet.pl
-w buty i ciepłą odzież Jonasza wyposażył: www.sailandrock.pl
- Stefan Mazurkiewicz
-Sławek Bagiński
-pomoc w załatwieniu wiz: www.wizacenter.pl
-Piotr Strzezysz
-Tadeusz
-Michał
-Jura
-Teresa Zańko
-Paweł Buluk
-Wojtek Zackiewicz
-Małgorzata Jacyna-Witt
-Krzysiek Żurawski
-Ryszard Pasternak
-Wanda Kasperska
-Elzbieta Mamos
-Jarek Koziara
-Danuta i Antoni Karpinscy
-misie przekazali: Karolina, Wioleta, Marek
-Stowarzyszenie Kreatywni dla Szczecina

relacje z naszej wycieczki na www.podroznik.szczecin.pl

Postaramy sie wysylac esemesy od kierowcow przynajmniej z nazwa miejscowosci w ktorej jestesmy. Zamieszczane one beda na stronie: www.podroznik.szczecin.pl

Nasz numer konta to: 78103000190109851726780017 właściciel Agnieszka Kasperska(mama Jonasza)

5 lutego 2010

Polska B. Do granicy niedaleko minelismy Hrubieszow. Temperatura -10 pozwala wykryc pierwsze braki w wyposazeniu. Jonasz narzeka na chlod w paluchach, ja marzne w nochala.

Poruszamy sie nie zaszybko, ale ludziska serdeczni. Pod Zamosciem Pani zobaczyla nas przez okno i przyniosla nam herbate.Jak bysmy na pielgrzymce jakiejs byli.

6 km przed granicam ciemno, nic nie bierze poza mrozem coraz dotkliwszym. Cieplutkie klatka schodowa w pobliskim bloku wyglada zachecajaco, tylko czemu wszedzie sa domofony? Co za szczescie w jednej z klatek ktos byl tak mily i nie zatrzasnol drzwi. Juz mielismy rozbic sie obozem na ostanim pietrze gdy wyszedl Pan Antoni i surowo nam zabronil spania na klatce, i nietylko zabronil lecz nawet nakazal spac u niego w domu. Widac lubi nakazywac bo swojej zonie nakazal zrobic nam kolacje i poscielic lozka.

Rano ruszamy w strone Kijowa. Ja chcialbym tam wsiasc w pociag, Jonasz chce dalej do Moskwy stopem. Uwaza ze bilet Kijow Moskwa pozbawi nas wiekszosci budzetu. Materialista jeden. Chyba mu z zimna cos sie pomieszalo.

Jedzenie nam na razie starcza. W Lublinie Jarek Koziara zrobil nam kanapki na droge, lecz Jonasz nie chce ich jesc, bo mowi ze zrobil je wielki artysta i po latach bedzie mozna je z zyskiem sprzedac.
Strzrzyzow 05 02 10

Jonasz i Romek

7 lutego 2010

z Lucka do Kijowa dojechalismy jakims smiesznie tanim pociagiem za 5 min jedziemy dalej do Bachmacza (najdalej jak sie dalo w strone Rosji , adalej stopem. Koleje w krajach bylych republik tez sa pelne uroku

8 lutego 2010

hura!

dojechalismy dzis w nocy stopem do moskwy. I cudem udalo sie kupic bilet na dzisiaj. za chwile odjezdzamy. w Ulan Ude jestesmy 12 lutego o 6 rano( tak napisali na bilecie) jesli odrazu nie znajdziemy internetu do szybko ruszamy na granice zeby zdazyc przed mongolskim nowym rokiem. wtedy nastepny list z mongoli. spalismy juz przy -20 w spiworacch. sprawdzaja sie b cieplo. tylko rano ciezko sie spakowac. szkoda ze nie mozemy wiecej popisac. "slychac gwizd lokomotywy"

12 lutego 2010

Dojechalismy do ulan ude. Jonasz w pociagu zeswirowal z nudow. I pojdzie na rente. A ja z nim, bo mnie tak wymeczyl, ze juz do niczego sie nienadaje. Ale o koleji kiedy indziej.

Gnamy dalej. Tu jest juz trzynasta, musimy sie wydostac jeszcze za miasto i 250 km do granicy mongolskiej. Jutro w zwiazku z nowym rokiem przejscie moze byc zamkniete. Mroz jest niemaly. Poki idziemy jest ok. Ale przystanki daja sie we znaki, ciezko zrobic zdjecie , bo zeby zrobic zdjecie trzeba zdjac rekawiczki, po chwili palec nie trafia na migawke. No i trzeba szybko chowac aparat.

Ulan Ude szczyci sie ze ma pomnik: glowe Lenina, najwieksza na swiecie. Nie moglismy jej znalesc. Za to byla wielka glowa papieza. I tutaj dotarl jego kult. Wielka glowa w snieznobialej piusce. Tutejszy papiez ma wasy. A jak przygrzalo slonce to piuska zniknela. Wszystkie miasta maja ambicje by byc naj, lub miec naj. Ulan Ude ma glowe, ach zeby tak Szczecin mial pomnik najwiekszej ...

Ulan Ude stolica Buriacji (polnocni krewniacy Mongolow) rowniez szykuje sie do Nowego Roku.

Dzieki za wszystkie listy. Pszepraszamy ze tak krotko. Ale gna nas do przodu. Inaczej przymarzniemy

Salgan gan tzn: niujer czy cos takiego.

14 lutego 2010

Ulan Bator 14.02.10

Coz za piekny dzien. Nowy Rok i Walenty Dejs. I w tym pieknym dniu mamy szczescie wystukac do was pare slow. Szczescie doslowne, bo dotarlismy do U B po pierwsze, a po drugie wszystko tu zamkniete i znalesc internet to cud, bo jak nam wyjasnil pewien mongol to jest mongolski merychrystmas.

Oni nazywaja to Salgan Car, czy Gar, czy cos takiego, napewno w nazwie jest sagan. I w kazdym domu we wszystkich saganach jakie tylko maja, kisi sie tluste mieso.

Wczoraj w miescie Darhan trafilismy na targowisko. Ruch jak w markecie przed swietami, tylko koledy nie leca i choinek nie maja. Wszyscy kupuja, spiesza sie, pedza. Zabawki dla dzieci, dradycyjne ciasto noworoczne(przypomina podluzny chleb), herbate, leb barani. Wiekszosc handluje na straganach na swiezym powietrzu, elita handlu w halii, prawdziwa elita. Pieknie niczym w Hali Mirowskiej, panie sprzedawczynie w bialych fartuchach i czepkach kroloja wsrod rosyjskich konfietow i polskich kompotow i ogorkow kiszonych(pisalem trzy lata temu ze polskie wyroby spozywcze zajmuja sporo miejsca na mogolskich polkach sklepowych). Jonaszowi sie nie spodobalo. "Wszyscy mnie popychaja"(rzeczywiscie pchali sie niesamowicie i chodzic z naszymi plecakami nie bylo latwo) "To znaczy ze swieta ida. swiat nie lubisz? Wszystkie dzieci lubia swieta." Jednak najbardziej zniesmaczyl go widok w jatkach gdzie po wielkich kawalach miecha skakaly wroble i dziboly se do woli. Rzeznik niczym sie nie przejmowal i jeszcze mnie poczestowal kumysem, a wlasciwie szejkiem bo kumys w plastikowej butelce zamarzl.

Dzisiejszego dnia w U B wszystko zamkniete. Ale ruch na ulicach jak w Wigilje wszyscy odswietnie ubrani, calymi rodzinami gdzies jada, gdzies ida. To jest dzien odwiedzin i wszyscy sie odwiedzaja. Moze ktos wpadnie do naszej jurty?! Zapraszamy. Mamy pyszny kompocik z firmy Urbanek i swiateczne ciasto.

Co do wygladu miasta, to niezabraklo rowniez serc walentynkowych, brakuje za to turystow. Praktycznie ich tu niema (choc zwykle miasto jest ich pelne). Spotkalismy. Jednych spotkalismy. Kolo lodowej rzezby przedstawiajacej malego zrebaczka, trzymajacego w kopytkach butelke typu PET (wzruszajaca). I ten cudowny wyrob mongolskiej sztuki podziwiala rodzina czarnoskorych obywateli Zimbabue.

W mongolskiej stolicy stanelismy o drugiej w nocy. Wiekszosc tanich hotelikow zima jest nieczynna z powody brakow turystow. Wydawalo sie ze przyjdzie nam spac na klatce schodowej. Lecz przechodzac kolo swiatyni, okazalo sie ze jest czynna i ze odprawiaja tam jakies sylwestrowe nabozenstwo. I zamiast mrozic sie nocnymi spacerami po mongolskiej metropoli, lepiej posluchac zawodzen przysypiajacych, tlustych mnichow ( mongolscy duchowni w przeciwienstwie do swych tybetanskich kolegow sa okragli jak tluste paczki). Nocne dewocje zakonczyly sie noclegiem w przyswiatecznej salce. A przed snem otrzymalismy posilek w pudeleczkach z napisem MADE IN MONGOLIA . Cos pieknego, takie sa ladniusie ze wylizalismy je dokladnie z resztek pokarmu i zabieramy je do Ojczyzny. Jak by ktos chcial kupic, chetnie odsprzedamy. No moze juz za stowke. Bo straszna ochote mamy zeby sobie pochulac, np. pojsc sobie na pizze. Bo z zarciem jest tu strasznie. Horror. Nie jadamy miesa szczegolnie Jonasz, ja moge cos tam czasem z grzecznosci skubnac. A tu tylko miecho. I to jakie. Juz niechby byl i schabowy. A tu wiielkie kawaly, rozgotowanego, tlustego miesa. Mieso w garach, miskach, wiadrach, na stole. Pod Dahranem wpadlismy do jednego mongola na herbatke, a tam caly stol zajmoje dorodny kawal rozgotowanego (i cholera jeszcze wie co z nim robili) barana. Poczatkowo ku naszej uciesze baran powedrowal na szafke. Lecz szczescie nie trwalo dlugo. I glupi, wstretny baran wrocil na stol ku naszej rozpaczy. Gospodarz cial go w kawalki i rozdawal wszystkim po koleji. Gdy przyszla na nas kolej wystosowalismy stanowczy protest obrazajac cala rodzine pare pokolen wstecz i te ktore nastapia. Nasi mongolscy przyjaciele zemscili sie za obraze glosno mlaskajac i oblizujac paluchy wysmarowane baranim tluszczem. Z koleji w U B trafilsmy do rodziny ktora poczestowala nas zupa. Jadalem juz miesne zupy w Azjii. Siedzialem i wylawialem z nich wszystko co nie bylo miesem. Co tu wylawiac kawaly miecha i wielkie oka tluszczu. Jonasz sie poplakal i powiedzialem ze musimy juz isc do domu bo przypomnial sobie ze jutro pierwszy dzien szkoly i jest niespakowany. Wychodzac zgarnolem niepostrzezenie do kieszeni kawal chleba, i idac ulica rzulismy go zastanawiajac sie co jest gorsze Sagan w Mongolii czy Walentynki w Polsce.

Mimo nieszczesc kulinarnych, trafiamy rowniez w piekne miejsca i to nam wszystko wynagradza. W U B znalezlismy hotelik. Oczywiscie nieczynny, ale wlasciciel nas przyjol i za 5 dolcow dal spanko. Na dachu w jurcie. Na dachu swojej chalupki postawil sobie cztery jurty. Wychodzimy sobie z naszego apartamentu i podziwiamy sobie widoki. A jest co podziwiac, centrum, szerokie arterie po ktorych suna szeregi trabiacych aut i morze jurt dookola ogrodzonych drewnianymi plotami. Mi osobiscie przypadaja do gustu strozowki. W swiatyni Mongol spelniajacy zadanie ciecia siedzial w pomieszczeniu wykonanym przez artyste konstruktora. Odkrylem nieznane dodad dzielelo mongolskiego konstruktywizmu. Na tle bialej sciany artysta konstruktor starannie zaplatal czarne wielkie rury i male. Ze smakiem dorzucajac bialy kolor na zlaczkach i czerwienia po zaworach. Mongol cos mowil gdy robilem zdjecia. Olsnilo mnie on nie mowil w niezrozumialym jezyku, on mowil do mnie wierszem. Wierszem awagardowym. I tak rozumiec trzeba to co mowia tubylcy.I tak rozumiec trzeba Mongolie.

Inna strozowka i inne piekno. Rosja, Kiachta, 10 m od granicy barak ktory sluzy za Rosyjski Bank. Przekonujemy stroza by nas przenocowal. Oddal nam swoja strozowke. To nic ze zimno, za to jak pieknie. Sciany i szafki przyozdobione wycietymi z gazet pieknosciami i modelkami z farb do wlosow. Sam posiadam niemala kolekcje opakowan po farbach do wlosow i damskiej bieliznie wiec piekno docenic potrafie. Tu pozwole sobie na prywate i wystosuje apel: Szanowne Panie! Niewyrzucajcie opakowan po farbach do wlosow, bieliznie itp. Przekarzcie mi. Powiem wprost. Zachowlem sie jak bydle skonczone i ukradlem. Ukradlem Angeline J na odwrocie z krzyzowka nie dokonca rozwiazana i rudowlosa modelke z pudelka od farb do wlosow.

Z mrozami se jakos radzimy, tylko super krem na mrozy nam zamarzl. No i jeszcze stale cos gubimy.

-zegarek
-ladowarke do baterii (ukradli nam w pociagu)
-rekawiczki!!!!???!!! (to Jonasz byl taki mocny)
-kawalek mongolskich pieniedzy

Jesli bedziemy konsekwentni to na koniec wycieczki zostaniemy w samych majtkach. (Prawie zgubilismy plecak Jonasza. Spadl z dachu samochodu. Na szczescie kierowca sie zorientowal.)

Jutro ruszamy pokrecic sie troche po... No wlasnie Jonasz chce w kierunku wschodnim, ja na zachod. A potem juz szybko na poludnie do Chin troche sie ogrzac.

Pytanko. Ze trzy osoby sa na hospitality zalogowane. Zapytajcie sie kogos o nocleg w X'ian i Chehgdu w Chinach i Hanoii w Wietnamie.

Jonasz i Romek z misiami

16 lutego 2010

Ulan Bator 16.02.10

Zostalismy jeszcze dwa dni. Wczoraj prawie wszystko pozamykane, dzis troche lepiej. Tylko pare sklepow spozywczych czynnych i pare knajp. A nawet w tych otwartych to najczesciej sa zamkniete imprezy. Bogate rodziny mongolskie wynajmuja je na swiateczne spotkania rodzinne. Wypacykowani, uczesani i usmiechnieci witaja sie i siadaja do stolow z mongolskimi przysmakami. Np. taki Irish Pub chrom, lustra, skorzane kanapy i stol zastawiony swiatecznym ciasto-chlebem (musi byc koniecznie w wieze jeden na drugim), gory cukierkow, miesiwo i kelnerka nalewa do miseczek slona herbate z mlekiem(koniecznie musi smierdziec baraninom). Domu nie maja?

Wsrod nielicznych otwartych miejsc trafilismy do piekarnio-kawiarni. Za lada stala... starsza Niemka?! Tosmy se napomstowali na na mongolskie przysmaki. Pani piekarzowa doskonale nas rozumiala(my nie zrozmielismy jak moze tu zyc trzynascie lat) i wywalala jezyk z okrzykiem: "Bleeee". Nabylismy chleb a pani obdarowala nas paczkami. Prawdziwymi, pysznymi paczkami. I tak po Nowym Roku przyszedl Tlusty Czwartek. Chleb -niewiarygodne- pyszny. W azjatyckich metropoliach mozna spotkac cukiernie i piekarnie nasladujace europejskie, ale wyroby w nich sa takie jakby je pomalowali farbkami plakatowymi. A tu pyszne pieczywo i paczki. Mongolowie mowia ze glupiec ocenia narod po jego kuchni. Jonasz zastanawia sie co na ten temat sadza francuzi. Komu malo noworocznego swietowania ten moze znalesc knajpe wystrojona walentynkowo. Zajrzelismy do jednej takiej calej w rozowych tasiemkach i balonikach z napisem... KILL ME, czy cos takiego, jesli dobrze pamietam. Jonasz krzyczal ze sie niezgadza zebsmy tam zostali, ze sie zakocham, i bede tam siedzial i wydam wszystkie pieniadze. A on chce pizze. Zobczycie jeszcze ktos bedzie chcial ze mna no te .. baloniki i serduszka. Jeszcze bedzie przepieknie.

Widac ze Waletynki tu sa popularne. Pewien Mongol gdy uwiecznilismy go na zdjeciu, obdarowal nas pocalunkami. Wrazenie niesamowite zwlaszcza ze wczesniej starannie sie przygotowal. Niegolil sie,przez pare dni, wybil sobie zeba i sporzyl wiele doskonalej wodki mongolskiej. Niech zyje intrnacjonalistyczny Walenty. Niech zyja baloniki. Niech zyja serduszka. Niech zyja! Niech zyja zyja nam!

Na ulicach widac doskonale tubylcza mode. Wiadomo mlodzi niepotrafia sie jeszcze ubrac i ubrani sa jakby ze Szczecina przyjechali. Za to starsi...! Deel. Deel jest tu w modzie. Dlugi plaszcz zapinany na boku. Podobny nosza kobiety jak i mezczyzni. Tylko faceci spinaja sie pasem (wiadomo, facet zawsze musi byc troche spiety), a babeczki nie(spiete nie sa , ale sa zapiete, choc wydaje mi sie ze lepiej by bylo gdyby byly rozpiete, no chociaz troche). Deele sa najrozniejszych kolorow i wzorow. Mniej zamozni maja jednokolorowe ze sladami dlugoletniego noszenia. Wiekszosc jednak w tych dniach nosi je kolorowe, nowiusienkie z bogatymi zapieciami. Wysiadaja ze swych blyszczacych, wielkich terenowych aut i w futrzanych czapach roznego kroju, ida na swiateczny spacer po stolicy.

Nowy Rok mongolski czyli Bialy Miesiac oznacza rowniez nadejscie ocieplenia i odwilzy. Cos w tym jest, bo nam z nosa kapie. Za dnia slonce swieci i jest ok, nieczuc tych dwudziestu paru stopni. Noca jest zimno. Ale lazimy na slizgawke. Obok naszej jurty przeplywa rzeczka sciek, sluzaca za wysypisko smieci. Jonasz pomimo mrozu nie chce wylazic z tamdad. Jeszcze raz. Prosze. Jeszcze raz. A w balonikach to nie chcial posiedziec.

Mamy nadzieje ze jutro bedzie otwarty wielki targ, potargujemy sie troszke i dalej ruszamy na wschod.

Moze ktos by chcial nabyc mongolska gre- trzy baranie kosci. Tu wszystko jest z barana.

A Pan, Panie Marku nie potrzebuje papieru taletowego. Jeszcze od pazdziernika uzywa Pan tego rosyjskiego? Wiadomo rosyjski! Ale niech Pan nie przesadza nawet jak na rosyjski to minelo pare miesiecy.

Jonasz i Romek z misiami i buziaki od wczorajszego Mongola

18 lutego 2010

"- Cóż, że pięknie, gdy obco - kiedyś tu będzie Rumunia Obmywana przez fale morza, co stanie się Czarne. Barbarzyńcy w kożuchach zmienią się w naród ambitny, Pod Kolumną Trajana zajmując się drobnym handlem."
J. Kaczmarski"Starosc Owidiusza"

Nie wyjechalismy. Dopadla mnie jakas goraczka i postanowilismy sie podkurowac. W ramach rekonwalescencji udalismy sie do domu towarowego Sunday Plaza. Stragany, siedem pieter straganow. Plaza stragan. Ladnie i nowoczesnie. Kupujacym i sprzedajacym umila czas muzyka plynaca z ekranow. "Tato! Ale smieszne zobacz! Jaka smieszna muzyke i teledyski maja tu w Mongolii." Na ekranie przystojniacy: blondyn z brunetem udzielali sie artystycznie. "To nie potomkowie Dzingis Hana synu. Sa raczej ptomkami Owidjusza, Szekspira, Gethego I tak w goraczce siedzac na laweczce na wprost ekranu, popijajac herbatke z termosu, Jonasz caly czas sie smiejac, obejrzelismy cala tworczosc zespolu Modern Talking i spedzilismy milo dzien. "...kiedys tu bedzie Rumunia".

Muzykoterapia podzialala, czuje sie znacznie lepiej, ruszamy na wschod jak sie da najdalej, a potem w cieplejsze krainy do Chin.

Dostalismy pierwsza wplate od Krzysztofa Zurawskiego. Bajer la - dziekujemy.

Jonasz i Romek z misiami

20 lutego 2010

Czojbalsan 20.02.10

"Tam nic nie ma". - powiedzail Mongol gdy uslyszal ze chcemy jechac do Onderhan.

O! to fajnie! Jedziemy.- zdecydowalismy.

W Onderhah zawiedlismy sie, cos tam bylo. Droga na wschod. Do Czojbalsan. Ostatnie miasteczko na wschodzie Mongolii, stolica ajmaku Dornod. Dalej nic niema.

Wrzucilismy na siebie plecaki i ruszylisy na wschod. Asfaltu juz niestarczylo. Trzymajcie sie slupow elektrycznych- wskazal droge tubylec. Na szczescie samochody wyjezdzily ladny trakt, a wiatr wydmuchal reszte (czasami do golej ziemi). Jakis bus w koncu nas zabral. Mongolska babcia zadoptowala Jonasza i zaczela mu na dziendobry nacierac zmarzniete rece i obdarowala nas wielkimi landrynami. Reszta zalogi probowala poic nas wodka. Czohon czohon znaczy ciut ciut, wyjasnilem goscinnym Mongolom. I wyjasnilem ze Jonasz bardzo by chetnie, ale na lekcji wychowawczej mial pogadanke o szkodliwym wplywie alkoholu na ...yyy, na wszystko i od tamtego czasu niepije. Podskakujac sobie i scierajac mroz z szyb patrzylismy na sniezne krajobrazy z przepiekna faktura wykonana przez wiatrzysko. Wyszukiwalismy na stepie jurt, lecz niestety zima nigdzie niewidzielismy wolnostojacych, tylko na terenie osad. Rowniez stad koni, koz, owiec i krow jest o tej porze niewiele. Pojawiaja sie z rzadka, a krowy miewaja ocieplenie w postaci koca obwiazanego sznurami wokol brzucha. Koniki w zimowym okryciu - puszystym futerku grzebia kopytkami w sniegu szykajac czegos do zjedzenia. I tylko wielblody niczym sie nieprzejmuja. Ze snieg, ze zimno, ze jeden z garbow mu sie przekrzywil, ze cale jego futro zkoltunione i zwisaja z niego strzepki welny. Kompletne friki. Luzik.

Noca trzeba bylo zaliczyc samochod w zaspie. Odkopywanie lopatami, rekoma, pchanie, narady i pokrzykiwania. Krzatanina w swietle samochodowych reflektorow i para wydobywajaca sie z ust. Jak na planie reportazu dla podrozniczego magazynu.

Noca dotarlismy do Czojbalsan. Kierowca zaproponowal spanie w maszynie. Ok. Zaproponowoal rowniez wyciagniety z pod fotela kawal barana. Nie ok. "Paczemu?" Patrzyl na mnie i powtarzal: "Paczemu?" W jego oczach lzy,bol, strach, smutek, niezrozumienie. Ile ludzki wzrok jest wstanie pomiescic. Nie moglem wytrzymac tego spojrzenia. Nakrylem leb spiworem i krzyknolem zpod niego:"dobranoc".

Tuz przed switem pobudka. Szofer do roboty. My do zwiedzania konca Mongolli.

Wschodzoce slonce delikatnie zloci blokowisko czteropietrowych posowieckich domow. Po chrupiacym sniegu idziemy przez place zabaw, posrod porzuconych baranich kosci i konskich kup, szukajac 'kafe internet". Jeden zaspany Mongol prowadzi nas na jeden koniec blokowiska, by zachwile inny wskazal drugi koniec blokowiska jako miejsce w ktorym ma byc upragnione"kafe". Przelecielismy tak pare razy po tym blokowisku i w ten sposob poznalismy Czojbalsan. Wschodni kraniec Mongolii.

Zdecydowanie ruszamy ku cieplejszym Chinom, tak upragnonym przez Jonasza. Tylko ktoredy czy pewna, a dluzsza droga "po sladach" do glownej drogi polnoc - poludnie, czy krotsza, ale rzadko uczeszczana. Na mapach zaznaczona biala kreska, glowne czerwone drogi nie maja asfaltu. Ciekawe jak taka boczna.

Podczas letniej wyprawy ktos z was wyslal okolo 20 adresow swoich znajomych z prosba o dolaczenie ich do listy. Niestety teraz dostajemy listy z zapytaniem o co chodzi, ze niechca dostawac itp. W tutejszych kafejkach niejestesmy wstanie zmieniac nic w ustawieniu poczty, pisac wyjasnien. Nie dokladamy zadnych list adresowych, najwyzej jeden adres. Jesli chcecie rozsylac nasze listy do swoich znajomych, mozecie robic to sami.

Jonasz i Romek z misiami

23 lutego 2010

Szajnszad (poludniowa Mongolia) 23.02.10

"Zawtra utram budu maszyny" powiedzial kierowca ktory wywiozl nas za Baruun Urt do drogi na Szajnszad. Noc, step, lekki mroz. Trzeba postawic namiot. W nocnej ciszy slychac z oddali metalowy hurgot, i porykiwania. Po chwili z ciemnosci wylania sie wielblod ciagnacy metalowy dwokolowy wozek na nim siedza kobieta i mezczyzna. Kierowca ktory jeszcze nie odjechal zagaduje wlasciceli wielblodziego pojazdu, i wrzucamy plecaki na wozek. Wielblad ryczy i dostojnie sie kolysze, metalowe kola tarabania, snieg pod nogami skrzypi, a na nas pruszy snieg. Idziemy jak czterej krolowie z wielbladem tylko nie jedna gwiazda nad nami a tysiace, znow tysiace gwiazd... Po pol godzinie marszu po stepie zobaczylismy jurte. Wchodzimy do srodka a w niej mieszka osiem koz, w zagrodzie zajmujacej jednapiata calej jurty. Pan podlacza akumulator i mala zaroweczka oswietla pomieszczenie. Teraz Pani rozpali ogien w malym piecyku i palac wielbladzimi odchodami ugotuje herbate. My wyciagamy slodycze z plecaka, niestety chalwa wyraznie nie smakuje, za to Pan gospodarz zjada cale sezamki, a Pani Gospodyni sprawnie radzi sobie z batonem. Gospodarze a szczegolnie gospodyni to jacys niespelnieni modele caly czas chca by robic im zdjecia i pozuja az do wyczerpania baterii i teraz spokojnie mozemy isc spac. Rano pobudka. Sniadanko, dwojka misi zostaje w jurcie na szawce obok rodzinnych zdjec i obrazkiem z Santa Claus. Troche sie martwimy zeby misie nie zostaly zjedzone przez kozy. Przeciez to Mongoliia i wszystko moze sie wydazyc (pamietac jak trzy lata temu pies zjadl slonia). Gospodarz wystawia przed jurte sloneczny panel ktory bedzie ladowal akumulator, Jonasz zaprzyjaznia sie z wielblademi zostaje caly opluty, kozy ida na spacer, my sie zegnamy i przez step idziemy w kierunku drogi. W koncu znajdujemy szlak. W kazda strone po horyzont pusto. Idziemy, co bedziemy stac. Po jakims czasie po stepie w nasza strone zbliza sie jezdziec na wielbladzie. Starszy facet smieje sie i mowi po rosyjsku. Ja wsiadam na dwugarbusa i zabieram sie na przejazdzke. Z grzbietu wielblada dostrzegam ciezarowke. "Kamaz Kamaz" krzyczy Mongol zatrzymuje Kamaza. Mi troche zal przesiadac sie ze zwierzaka na maszyne (zwlaszcza ze Jonasz se nie pojezdzil), ale jest to pierwszy pojazd od dwoch godzin i rosadek (czasami go mamy) wygrywa. Lokujemy sie do ciasnej kabiny, wlasciciel zwierzaka jest tak przejety w pomaganiu nam ze mam wrazenie ze sam zaraz wsiadzie z wielbladem do kabiny. Kamaz nalezal do grupy skladajacej sie z trzech kamazow, wleczacych sie po stepie, wiecznie sie psujacych. I tak po dwoch dniach drogi (320km) dojechalismy do Szajnszad. Wiosne, czuc juz wiosne. Gdzieniegdzie platy brudnego sniegu, nad stepem lataja ptaki, na horyzoncie pojawiaja sie stada czworonogow typu antylopy. Tylko jak zawieje to robi sie zimno.

Niestety koniec zdjec cyfrowych. Zepsol sie aparat. Na szczescie mamy jeszcze dwie smienki, i trzy czarnobiale filmy i trzy kolorowe. Sluzyly nam do portretowania tubylcow. Mamy je dzieki uprzejmosci Pawla Kuli, a czarno biale filmy od Pawla Kowalskiego.

Piotr Krolewski dokonal wplaty na nasza wycieczke. Dziekujemy. Przyda sie podczas powrotu do domu. Kasy mamy okolo 190 $ ale na razie specjalnie nie wydajemy. Np. dzis przenocowalismy w najtanszym hoteliku w Szajszad. Jedno lozko w czterosobowym pokoju 4500 turgikow (3$). Oczywiscie wzielismy tylko jedno lozko, i go nie zlamalismy, bo juz wczesniej bylo zlamane. Oczywiscie w hotelu prysznicow nie ma.

Jonasz zamknol sie w toalecie i wykapal sie w misce. Tworzac przy tym gigantyczna kolejke. Ja takiego szczescia nie mialem. Bo w toalecie zakwitlo zycie towarzyskie i Mongolowie przychodzili tam pogadac, zapalic, dobrze ze nie znaja zwyczaju picia kawy. Probowalem sie wstrzelic w moment kiedy nikogo nie bedzie i jak Jonasz sie zamknac. Walczylem do drugiej i sie poddalem, a rano wody nie bylo.

Klikam tego mejla i ruszamy dalej, do granicy zostalo 220 km i brak drogi. Jesli nie znajdziemy internetu tonastepny list z X'ian.

Jonasz(czystsza polowa naszego teamu) i Romek (brudniejsza) z misiami

24 lutego 2010

Zamen Ud (poludniowa Mongolia, przy granicy z Chinami) 24.02.10

Stoimy na stepie w strone granicy (zostalo jakies 240km). Stoimy sobie. Stoimy. Wiatr hula. My stoimy. Nic nie jedzie. My dalej stoimy. Ciemno sie robi, my stoimy. Ktos podchodzi i mowi ze kupi nam bilet na pociag do granicy. Jedziemy. Jeszcze nie bylismy w mongolskim pociagu. Te 240 km jechal 6 godzin, nie szkodzi przynajmniej se pospalismy. I ruszamy w Kitaj.

Przed wyjazdem wiele dostalismy rad i uwag na temat naszej wycieczki. Jedna z bardziej ciekawych uwag byla: W MONGOLI NIE MA ZARTOW!!! Pamietajac te slowa uwaznie sie rozgladalismy, a nawet wypytywalismy tubylcow o te zarty. Nic takiego nie zauwazylismy, nikt niewiedzial o co chodzi. Moze wyginely, moze to "byly mamuty". Rozgladalismy sie uwaznie, zwlaszcza Jonasz ktory ciagle narzekal: "Mialo nic nie byc, a tu step, horyzont, platy sniegu, piasek, raz na pare godzin jurta, czasami kepy jakis zeschnietych zeszlorocznych traw lub krzakow, troche koz, troche owiec, i konie sie zdarzaja.I to jest to: NIC? Oszukanstwo! A mialo nic nie byc!" Niestety rzeczywiscie zartow w Mongolii nie bylo. A moze ich po prostu nie znalezlismy. Tylko jak one wygladaja? Moze trzeba je nastepnym przywiezc i wypuscic na stepie. Tylko jak sie skrzyzuja z wielbladem to beda garbate zarty. A z koniem? Slyszalem o konskich zalotach, ale o zartach. W kazdym razie chetnie przyjzymy sie jeszcze tym zartom o Mongolii. Zwlaszcza ze spodobalo nam sie mongolskie przyslowie:

LEPSZY GLUPIEC W DRODZE, NIZ MEDRZEC W DOMU.
a co z dwoma glupkami? Od czego sa lepsi? [*]

Kolejna wplata od Wandy Kasperskiej. Bajer la. Jak mawiaja w zwyczaju mowic Mongolowie.

Jonasz i Romek z misiami

[*] mój przypis: jak na zawołanie do sytuacji pasuje film w reżyserii Piotra Dumały "Las" o dwóch magach, mistrzu i nowicjuszu, zagubionych w lesie - nowość

26 lutego 2010

Baotou (Mongolia wewnetrzna) 26.02.10

pierwsza noc w Chinach i ostatnia zimowa. Wialo tak ze godzine rozbijalismy namiot na stepie. Co chwile trzeba bylo rozgrzewac rece. W nocy w namiocie zamarzla woda. Nastepna noc 350 km na poludnie spalismy na ulicy (zaden tani hotelik nie przyjmuje cudzoziemcow) w samych spiworach. Cieplutko. Wiosna. Cos milego. Nikt nie nosi czapek, rekawiczek. Jonasz chce juz wyrzucac kurtki.

Musimy przebic sie przez miasto i mamy tylko okolo 800 km do Xi'an. Marta z Karolina przeslaly mapki Xi'an. Adam ze Szczecina ktory mieszka w Chinach niezly, chinski slowniczek. No i wreszcie napisaliscie duzo listow. Nawet Wojtek Bigos cos napisal, co mozna uznac za cud bo on tylko chodzi na boks. Ciekawe jak w tych swoich rekawicach stukal w klawiatore(moze ktos go tam stuknol w glowe i mu sie poprzestawialo). Za wszystko dziekujemy.

Jonasz i Romek

1 marca 2010

Niewiem jak to dojdzie bo co chwila problem z kompem zawiesza sie itp

Xi"an 01.03.2100

Strzelaja. Trafilismy pod jakis kosmiczny ostrzal. Chinczycy walcza z marsjanami. Wszedzie czerwone ufo. Wielkosc dyni, czasami mniejsze, czasami wieksze. Podwieszaja sie te kosmiczne czerwone pojazdy pod dachy, wejscia, drzewa, latarnie. Wszedzie ich pelno.Widzialem ze najlepiej radza sobie dzieci. Kilkoro z nich udalo sie zlapac takie ufo i nosily je na dlugich patykach. Jonasz mowi ze to lampiony. Ale adwent juz byl dawno. Marsjanie chca zalac wszystko na czerwono, Chinczycy wala do nich jakas przerazliwie glosna kanonada. Huk niesamowity, zwlaszcza wieczorem. Skutki walk sa oplakane obywatele chinscy wylegli na ulice w liczbie przerazajacej i musieli dostac pomieszania rozumu, bo kreca sie bez sensu i zapalaja najrozniejsze kolorowe swiatelka, wszystko miga.

I tak kolejny Nowy Rok mamy za soba. Rok Tygrysa. Na stopie mamy ten sam problem co ostatnio. Zostajemy obdarowywani jedzeniem zwlaszcza parowkami i pieczywem. Szczegolnie male buleczki majace przypominac europejskie pieczywo przypomina w smaku mydlo. Ludek Chinski niby taki mily, niby sie usmiecha, a tu myk i biegnie zaraz do sklepu i przynosi zaraz pake takich chlebkow. Na szczescie troche mnie lubia i wreczaja to Jonaszow. Proboje je mi wcisnac, ale mowie ze to on je dostal i nie bede mu zabieral. Jonasz planuje pojsc w Czengdu do zoo i "zorganizowac stamtad tabliczke: Prosimy nie dokarmiac zwierzat.

Xi'an slynie ze znajdujacej sie niedaleko armii terakotowej. Odpuscilismy sobie ta atrakcje. Cesarz ktory to cudo kazal postawic, kazal rowniez wymordowac wszystkich robotnikow. Zawsze i wszedzie znajdowali sie szalency, nie chce nam sie podziwiac ich dziel. Za to w samym miescie ciekawostka sa olbrzymie mury otaczajace stare miasto i meczet ktory wyglada jak chinska pagoda. Chinczycy nawet podrabia islam.

Wyjezdzajac z Baotou zdesperowani poszlismy sobie do zwyklej chinskiej lazni. Umyc sie. Troche trzeba bylo uwazac zeby sie nie pobrudzic. Siedzimy se golusency pod prysznicem i sie szorujemy. Szoruja sie chinczycy. Szoruja, trapia, scieraja i nacieraja. Jeden z nich przyglada sie nam uwaznie i gdy nikt niewidzi robi znak krzyza i mowi: "AMEN". Znaczy pieknie sie umylismy. W starozytnym Rzymie chrzescijanie chowali sie w katakumbach, nowoczesnych Chinach w lazniach i dla lepszego maskowania sa golusiency jak swieci tureccy.

Teraz ruszamy do Czengdu, a potem letnia trasa Wietna, Kambodza, Bankok i tam szukamy taniego lotu, pewnie do Londynu. Jesli ktos ma ochote i mozliwosc dorzucic sie do biletu, to serdecznie dziekujemy.
[numer konta to: 78103000190109851726780017, właściciel Agnieszka Kasperska - moje przypomnienie, KJK]

Szukamy rowniez noclegu w Londynie, na jedna noc.
[pisz do: male misie - moja inicjatywa, KJK]

Jonasz i Romek

2 marca 2010

Dotarlismy do Chengdu.

Pohulamy tutaj dzien dwa i w strone granicy jedziemy. Najgorzej wyrwac sie z duzych miast. A jeszcze Kunming przed nami ktorego chyba nie ominiemy.
Znalezlisny tani sympatyczny hotelik . Jonasz siedzi na lozku zjada cukierki i w kolko powtarza: "Fajnie jest w tym Chengdu. jutro postaramy sie naskrobac cos wiecej.

5 marca 2010

jestesmy do jutra w Chengdu.

Ciezko cos nam idzie pisanie. Zmeczenie(oswietlenie takie przy kompie ze po chwili oczy bola) i kolejki do kompa.

I depresja nas dopadla. Postanowilismy raz zaliczyc i takie sa tego efekty. Zaliczyc obowiazkowy punkt na mapie turysycznych atrakcji. Padlo na pande, ktora jest symbolem tego miasta. I pojechalismy do zoo. Zlote malpy ktore pochodza z Syczuanu i sa na wyginieciu, wygladaly jeszcze ok. Wybieg calkiem znosny i nawet sie jakos prezentowaly. Z pandami juz bylo troche gorzej. W betonowych wielkich pomieszczeniach, za brudnymi szybami. Lezaly sobie na bambusowych galeziach i zrecznie obdzieraly je z lisci i wcinaly. Tak bez konca. Futerka mialy przybrudzone i jak na wielkie halo jakie sie tu robi wokol pandy tak chronionej, to raczej wolalbym nie byc tak chroniony. Male rude pandy wygladaly nieco lepiej. Za to reszta zwierzat. to jakis koszmar. W betonowych malych klatkach, wielkie zwierzaki (tygrysy, dziki) na golej ziemi. Wylysiale, schorowane i Chinczycy walacy w szyby. Co wybitniejsi walili w te szyby owocami, ktorych i tak nie mogli im podac przez grube, zasmarowane szyby.

Koszmar, dowleklismy sie do hoteliku i przesiedzielismy reszte dnia. Juz nigdy wiecej nie bede zaliczal. Za duzy potem kac.

Idziemy rysowac, bo zostalo nam jakies 30 dolcowi rano jutro droga do Wietnamu. Powinnismy ja przejechac w 3-4 dni. Byle jakos ominac Kunming.

6 marca 2010

Porysowalismy se. W pierwszym miejscu momentalnie zrobil sie tlumek ciekawskich Chinczykow. W drugim momencie pojawilo sie czterech policajow w kamizelkach kulodpornych(az czterech na nas dwoch) i skonczylo sie rysowanie. Glod spowodowal ze jeszcze raz zaryzykowalismy i udal sie wpadlo jakies 280 yuani(okolo40 $). Wlasciwie to myslelismy juz nierysowac, wydawalo sie ze ta formula sie wyczerpala, a tu niespodzianka. Ludziom sie to jeszcze podoba, pewnie najbardziej ze jestesmy z Europy i w pewien sposob prosimy ich o pomoc. Ale tez Jonasz mial dobry dzien i naprawde fajne rysunki zrobil.

Pare dni temu wybralismy sie do parku. A w parku tlum w wiekszosci damski, maszeruje, wymachuje konczynami, gimnastykuje sie. A wszystko to przed big bendem staruszkow. Starsi panowie ostro dmuchaja w traby, puzony, saksofony. Jeden wali w perkusje, jeden nieustannie trzymajac papierosa noszalancko obsluguje klawisze. Marsze tych panow porwaly tlumek pan, do szalonego wysilku. To nic ze szybko, to nic ze czasami nie nadazaja, ale to graja nasze chlopaki. Wpatrzone w muzykow jakby na wojne maszerowaly. Widzac jak to dziala na kobiety, postanowilem zostac pierwsza traba mego miasta, a jak sie postaram to kto wie? Romek kosmiczna traba!!! I ta armia kobiet maszerujacych dla mnie.

Wczoraj w hostelu byl dzien pierozkow. Jonasz tak lepil ze sie lepil, a potem caly czas przezywal ze jeden Koreanczyk zjadl juz dwa talerze pierozkow i ciagle mu malo. Kolo mnie siedziala trojka Skandynawow. Nareszcie ktos tu nie opowiadal gdzie byl i gdzie jedzie. On w welnianym swetrze jak z Zakopca, jedna z nich duza, z racji swej postury wydawala sie kierowniczka grupy, druga ona, drobna jeszcze bardziej zagubiona. Choc cala trojka sprawiala wrazenie ze znalazla sie tu przez przypadek. Ona czasami niesmialo podnosi wzrok i jakby cos chciala powiedziec. Caly smutek podbiegunowych krain przywiezli ze soba. Siedza i cicho wypowiadaja kwestie z filmow Bergmana. Tylko lektor nie czyta, nawet niema napisow. Ona ma takie male rozowe trampki.

Wychodzimy na droge. Do Wietnamu jeszcze kawalek, wiec pewnie za 3 dni sie odezwiemy.

j i r z misiami


JAK TEN CZAS BIEGNIE

[7.02.2010.]

Zachorowałem sobie, niegroźnie na szczęście, zatem znalazłem czas, aby tu zajrzeć z zamiarem popracowania nad nowymi materiałami. A nagromadziło się wiele...

Z zaległości mam zamiar wziąć się za uzupełnienie zdjęć związanych z wyjazdem 4x4 do Rumunii (patrz w dół). Podobny zabieg uzupełni informacje na temat mego spotkania z gimnazjum nr 1 w Lesznie i co z tego wynikło - a wspomnienia mam rewelacyjne (patrz w dół). Powinienem chyba wspomnieć o moich pokonferencyjnych publikacjach na temat survivalu, bo to w końcu szereg tekstów, które poszły w świat nauki i promują survival. Będzie też mowa o  planach i możliwościach...

A to wszystko pojawi się poniżej tego tekstu.


LESZNO... W ZALESIU

[6.02.2010.]

Oto dowolna interpretacja obozu w Zalesiu (19-24 stycznia 2010), będącego dalszym ciągiem unijnego programu operacyjnego Kapitał Ludzki "Miasto Leszno - survival w gimnazjum" (najechanie kursorem nad fotki pokazuje komentarz):

Wieźli nas daleko... Krisek i Petek udawali miłych Wykład Staszka miał nas zmylić Wiemy co robić z GPS! Wędrujemy z GPS... na wykończenie Ja mam dość! Niektórzy padli całkowicie Tu składano truchła Na bunt tylko czekać Zaczęliśmy na serio się uczyćByliśmy w tym coraz lepsi Zaczęło się... Petek szykował się do ataku Doszło do rękoczynów... Yamo walczył nawet z rodziną... Pojedynki Rękoczyny Zabójcze plany Kriska ogłaszane z uśmiechem Bitwa przeniosła się na planszę Othello Musieliśmy grać wbrew naszej woli Graliśmy aż do upadłego... Yamo wziął nas pod but Wygnali nas w dzicz... Musieliśmy ratować się ogniskiem Jedliśmy resztki Obudziliśmy się rano nie wiadomo gdzie Koło nas kręcił się pies strażniczy Prześladowcy nie dali nam się ogrzać... Musieliśmy wracać... Czekało nas patrzenie jak oprawcy biesiadują... Kriskowi przypomniało się jego życie na dworcu Kiedy Krisek spał - pies nas pilnował Petek nas zebrał i kazał... zrobic wypad Wywieziono nas tym razem daleko Zgubiliśmy orientację dokąd nas wiozą Kazali nam się przedzierać i szukać kogoś Szliśmy i szukaliśmy Szukaliśmy ponoć uczestników szkolenia... ... pewnie obozu z zeszłego roku... Tam, gdzie oni mieli być - była ściana lodu Wróciliśmy pod bronią Jedynie Adaś się zlitował i nauczył jak uciec Zgromadziliśmy sprzęt I knuliśmy, knuliśmy... Ponoć Petek do tej pory nas szuka po dworcach z Kriskiem

Przetrwaliście Nasi Młodzi Przyjaciele? My Was jeszcze dopadniemy!

Wykonawcami programu w Zalesiu byli: Agnieszka 'Psycho' Skorupa, Aleksandra Zagrocka, Filip 'Wosman' Andrzejczak, Przemysław 'Fredi' Ferfet, Adam 'Maupa' Jagiełło, Stanisław 'Dottore' Kędzia, Krzysztof J. 'Krisek' Kwiatkowski, Jakub 'Yamo' Madej, Bogdan Pawilojc, Krzysztof 'Petek' Petek, sunia Tajga.


ŻYCIE UCZY

[22.11.2009.]

Sytuacja opisana poniżej jest hipotetyczna, ale... rzeczywista, tylko w innej sytuacji, w innych proporcjach, innych szczegółach. Nie będzie nam to jednak przeszkadzało, by nacieszyć się nią:

"Szanowny Panie!
Jest Pan Głównym Koordynatorem Kursu Pilotów Śmigłowców. Zapisałem się na ten kurs sądząc, że będę potraktowany jak poważny człowiek, czyli tak, jak na to zasługuję prowadząc działalność związaną ze szkoleniem w przycinaniu grzywek nad czołem w systemie bostońskim. Przewodniczę organizacji "Boston Mane", do której przynależy 25000 internautów z całego świata pragnących porządku w sprawie grzywek. Grzywki są istotnym elementem kultury masowej, ale i tożsamości osobniczych jako i narodowych. Rola przycinania grzywek jest cennym wkładem w tworzeniu nowoczesnego społeczeństwa. Moja organizacja należy do przodujących w świecie.

W związku z planowaną wyprawą na Górki Kieleckie zgłosiłem się na kurs pilotów, jednak wyprawa na lotnisko zmieniła moje podejście do przedstawianej filozofii latania, a szczególności do pańskiej osoby jako autorytetu i organizatora tego typu imprez.

W związku z tym mam do pana pytania:

1. Czy zła organizacja szkolenia może spowodować sprowadzenie zagrożenia na uczestników? Mam tu na myśli fakt, że startujące maszyny mogą skaleczyć kursantów, którzy w czasie przerwy chcą sobie pograć w siatkówkę plażową. Mam też wątpliwości wobec sytuacji startu śmigłowców podczas opadów: uważam, że ostatni deszczyk zacinał z prawej strony każdej maszyny, a więc na jej korpusie zbierała się woda. Korpusy są duże, zatem jeśli na dużej powierzchni zgromadzi się woda, to stanowi to jakąś masę. Obciążenie tylko jednej strony korpusu musi bezwzględnie zaburzać sterowalność maszyny.

2. Nikt mnie nie poinformował o kolorze korpusów i w związku z tym miałem strój, który wyróżniał zdecydowanie moją sylwetkę w kabinie. W dzisiejszych niepewnych czasach pilot wyróżniający się kolorystycznie może od razu stać się celem ataku grupy terrorystycznej, a przecież nigdy nie wiadomo, czy właśnie do naszego kraju nie przyjechała taka grupa.

3. Nikt mnie nie poinformował o konieczności zapinania pasów. A w końcu w powietrzu nie grozi nam kontrola policji drogowej. Tymczasem zapięcie pasa przez pana pracownika na mojej klatce piersiowej zgniotło bombkę choinkową, którą mamusia zawsze dawała mi jako amulet. I od tego momentu zaczęły się nieszczęścia.

4. Zawsze w chwilach stresu rozkładam sobie na podłodze moją elektryczną kolejkę. Tymczasem nawet nie zapewniono w pana śmigłowcach odpowiedniej powierzchni do tego. Jestem człowiekiem mało konfliktowym, a poza tym łatwo godzę się z niewygodami, zatem wybudowałem tylko fragment torowiska. Kiedy jednak chciałem włączyć kolejkę do prądu, pana pracownik użył bardzo szpetnego wyrażenia i powiedział, że zaraz wyrzuci mnie z maszyny. Jestem człowiekiem honoru i nie daję się tak traktować, więc sam wyszedłem. Jednak pana pracownik nie poinformował mnie wyraźnie, że się już wznosimy. Jest mi teraz winien za spodnie, które rozdarły się kiedy wisiałem zaczepiony o płozę (przy okazji dodam, że płoza była brudna). Jeśli pana pracownik nie zrekompensuje mi tej straty, będę zabiegał o to, aby pan to zrobił.

5. Kiedy wisiałem przy płozie, zadzwonił mój telefon w kabinie. Mam prawo do prywatnych rozmów przez mój prywatny telefon. Jednak pański pracownik nie podał mi go, tylko sobie sam gadał z kolegą na wieży.

6. Pański pracownik bezprawnie skrócił lot. Miałem w tym momencie przed sobą całą godzinę lotu (minus te pięć minut na wznoszenie). Pańskie foldery dokładnie podają ilość minut, zatem mam przekonanie, że chce pan sobie nabić kabzę na naiwnych kursantach. Nie dopuszczę do tego! Miałem jeszcze nadzieję, że pana pracownik mnie przeprosi za wszystko i naprawi swój błąd i wtedy - oczywiście po uzyskaniu finansowego zadośćuczynienia - wybaczę jemu oraz panu. On jednak podszedł do lądowania, potem podbiegli jacyś nieznani mi ludzie. Prawdopodobnie chcieli mnie okraść korzystając z zamieszania i faktu, że wiszę pod płozą. W każdym razie obłapiali mnie na różne sposoby, by odwrócić moją uwagę. Oczywiście ja się nie dawałem. Szczęśliwie w tym momencie spodnie się rozdarły (to był jedyny pożytek, ale za spodnie i tak trzeba będzie oddać!), ja znalazłem się na ziemi i mogłem zacząć kopać tych ludzi. W tym czasie pański pracownik (piszę cały czas "pracownik", bo nie jest on godzien, aby go nazywać instruktorem albo pilotem) wylądował i głośno coś krzycząc i rzucając na ziemię niesionymi przedmiotami pobiegł w stronę wieży.

7. Słowa, które wykrzykiwał pański pracownik były obelżywe i miałem - słuszną - nadzieję, że odnoszą się do napastników. W tym momencie byłem skłonny nawet nie żądać słów przeprosin za to, co było wcześniej. Słowa odnosiły się wszelako do mnie. Ponadto rzucane przedmioty okazały się być moją kolejką wraz z torowiskiem, zaś kabel zasilający kolejkę był brutalnie urwany, a jego końcówka zapewne pozostała w śmigłowcu wetknięta w miejscu, gdzie ją włączyłem. To jeszcze jeden dowód na to, że czerpie pan korzyści cudzym kosztem, nawet w przypadku takich drobiazgów.

Ponieważ jako kierownik kursu bierze pan odpowiedzialność za działania pozostałych instruktorów, jestem dość zaskoczony i zmartwiony pana brakiem zainteresowania w rozwiązaniu przedmiotowej sprawy oraz prób jakiegokolwiek jej  rozwiązania. Znając i ceniąc pana dorobek jak i pracę zawodową, biorąc pod uwagę konsekwencję niekorzystnej interpretacji powyższych kwestii w ujęciu administracyjnym, chcę zachęcić do rozpoczęcia dialogu w kierunku mediacji, a nie zaostrzania konfliktu."


EDUKACJA i resocjalizacja W ŁODZI - C.D.

[15.11.2009.]

Kontynuuję to, co zacząłem dużo dużo wcześniej, a co ostatnio było poruszone poniżej = w artykule DOSTALIŚMY EMAILA, A NAWET DWA [29.05.2009.]

Na dziejące procesy często nie ma rady: źródełko wybiło i rzeka płynie. Człowiek, który wpadł w jej nurty, zadaje sobie rozpaczliwie pytanie: "Dlaczego ja?" Tymczasem odpowiedź powinna być prosta: "Boś tędy lazł, baranie!" Naturą natury jest czynić coś w sposób niejako naturalny. Jeśli chce się to zrozumieć, trzeba się przyglądać i czynić spostrzeżenia - zawsze się coś ułoży w jakąś całość.

Młodzieżowy Ośrodek nr 2 w Łodzi został zamknięty wobec tego w sposób naturalny. Wcale nie dlatego, że wykryto tam spisek przeciw najjaśniejszej głowie państwa, lub że wychowawcy przerabiali wychowanków na pokarm dla psów... Tyle lat pracując w polskiej Oświacie zorientowałem się już dawno, że nie takie rzeczy zamiecie się pod dywan. Łódzki Wydział Edukacji ma swoją naturę i ta natura mu każe postępować zgodnie z naturą... Ta natura została wszakże pięknie pokazana w trakcie całego procesu działań służących likwidacji.

Najpierw były działania przygotowawcze, aby w ogóle mógł pojawić się powód pozwalający łódzkiemu WE obrócić swe pańskie oko we właściwą stronę. Potem był okres, kiedy działania przygotowawcze stały się już głównym frontem robót - wtedy jakiekolwiek ingerencje wychowawców, by sprawę naprawić, były nie na miejscu. Dlatego wychowawców odsuwało się od tych spraw jak najdalej, choćby piętnując ich (za co i w jaki sposób - było tu całkiem nieistotne). Do tego - jak najbardziej profilaktycznie - odmawiało się odsuniętym wychowawcom prawa bronienia swego dobrego imienia, zaś pozostałym - stanięcia w ich obronie. Tzw. "władza" unikała kontaktu z pracownikami pedagogicznymi jak ognia, wystarczał kontakt z własną "piąta kolumną". Kiedy odsunięci wychowawcy doczekali się opinii niezależnych instancji, że nie są niczemu winni, wówczas rozpoczęła się ze strony WE gra na zwłokę i rzucanie obietnic.

Obietnic było sporo, pokrętnych i kłamliwych, a wszystkie służyły temu, aby osoby zainteresowane zachowywały się spokojnie i czekały na wypełnienie obietnic (jak w starym kabarecie "Pod Egidą" z czasów PRL). Czas płynął, "przeszkody obiektywne" pojawiały się zawsze we właściwym momencie, następowały więc następne obietnice. To pozwoliło placówce istnieć 8 miesięcy bez dyrektora i tylko z jakąś małą namiastką. Czas płynął jak rzeka...

Wtedy biedne i nieszczęśliwe władze Wydziału Edukacji, nagle bezradne wobec decyzji Rady Miejskiej miasta Łodzi, musiały zlikwidować MOW nr 2. "Nic to" mówiły "od września wszystko znów ruszy i macie pierszeństwo w znalezieniu zatrudnienia w nowiutkiej, świeżutkiej placówce!". W ten posób doczekaliśmy się nawet zapewnienia, że z początkiem roku szkolnego sam prezydent Kropiwnicki dokona uroczystego otwarcia. Znając łódzki WE, nie wierzyliśmy. I całkiem słusznie - proszę pojechać na ul. Łucji 12/16 w Łodzi i zobaczyć, czy już dach skończony...

Tymczasem naturze łódzkiego Wydziału Edukacji zabrakło jakiegoś ruchu... No i mamy kolejnego puzzla z naszej układanki, czyli artykuł w piątkowej łódzkiej Gazecie Wyborczej pt. "Szkoły do likwidacji" (w poniedziałek powinien tu pojawić się link do artykułu gw_szkola). I w ten sposób, dzięki dłuższej obserwacji poczynań władz miasta oraz porównując za każdym razem przyjęty modus działania, możemy zacząć coś rozumieć... Oni już tak mają. Czyli zza węgła, znienacka, udając, że chodzi o coś zupełnie innego. A jeszcze do tego - w formie improwizacji, nieudolnie, nieprofesjonalnie za to z wielkimi hasłami.

Co jest tu dla nas ciekawe... Nazwiska osób warzących to piwo wymieniałem, a zresztą widnieją one po wielekroć w tekstach Marcina Masłowskiego z Łódzkiej Gazety Wyborczej. Tak tak, tego samego, który potrafił napisać kilka artykułów o tym samym wydarzeniu, dzień po dniu, choć nic się nie działo - to charakterystyczne w wypadku artykułów na zamówienie (nawiasem mówiąc, tym razem pisze już Marcin Markowski, którego artykuł jest już w zupełnie innym tonie - coś się zmieniło? inne frakcje dochodzą do głosu?). Ciekawe jest też, że nic nie wiadomo, co wynika z działań CBA, która to agencja została wezwana na pomoc pismem przerażonych sytuacją wychowawców. CBA przeżywa kryzys, więc... znów wszystko pod dywan?

A losy ludzi, którzy stracili pracę? Och... to nieważne... Skąd to wiem? Ano wiadomo skąd - z działań łódzkiego Wydziału Edukacji, który w pierwszej kolejności dał pracę tym, którzy byli nijacy, bez własnego zdania, nie walczyli o siebie i kolegów, no i...nie uprzykrzali Wydziałowi życia. Ci ludzie (niektórzy zupełnie bez wyrazu) kształtują teraz ludzkie charaktery. A pozostali? W zasadzie dostali wybór... nie chcę o nim pisać...


ZAPOMNIANE ARNHEM

[02.11.2009.]

Zapomniane tu przeze mnie, bowiem rzecz wydarzyła się w 65 rocznicę bitwy pod Arnhem (zatem we wrześniu) pokazanej w filmie "O jeden most za daleko". Pojechałem w to miejsce wraz z przyjaciółmi od survivalu: Łosiem, Strzałą i "Niejakim Fiskarsem" (słynnym łamaczem siekier marki Fiskars na bieszczadzkim drewnie). Nocowaliśmy na kempingu Oosterbeeks Rijnoever, którego właścicielem jest Pieter Brantjes. Dokładnie w tym miejscu miało miejsce forsowanie Renu przez Polaków z 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej - w tym mojego ojca.

Bardzo mocno odczuliśmy życzliwość Holendrów dla nas, przedstawicieli polskiej nacji. Na kempingu byli przybysze z Anglii - Mike Hyde i jego przyjaciele mieszkali w namiocie... pod polską flagą, co widać na jednym ze zdjęć niżej...

Trzej: Strzała, Krisek, Łoś Obserwacja nieba A w tle akcja Drop Krisek i Fiskars Pod polską flagą...

Szkoda, że nie było z nami Fransa i jego syna, Robina, Ammerlaanów - mieli w tym czasie własną batalię - ze świńską grypą...


NOWY ETAP I... LESZNO

[25.10.2009.]

Zaczął się nowy etap propagowania myśli przetrwaniowej w edukacji. W Lesznie został opracowany program, który uzyskał dofinansowanie unijne a skorzystają z niego uczniowie gimnazjalnych klas pierwszych. Chętni będą mogli co miesiąc wybrać się z survivalowym przewodnikiem na dwu-trzydniową wyprawę leśną. Spanie w namiocie (może także zimą!), ćwiczenia na linach między drzewami, sztuka rozpalania ognia z niczego, budowa schronień, poznawanie własnych reakcji na zimno, zmęczenie, upał lub ból, a przede wszystkim radosne stawanie się zaradnym i odpowiedzialnym człowiekiem - to niektóre zadania programu.

W dniach 24-25 października odbyły się pierwsze spotkania w gimnazjach (1-szym, 2-gim i 5-tym - w Lesznie oczywiście). Przyszli survivalowcy mieli okazję obejrzeć prezentację fotografii obrazujących survivalowe działania i posłuchać opowieści, zaś następnego dnia odbyło się rozpoznawcze penetrowanie okolicznych lasów. Chociaż pogoda była taka sobie (na szczęście nie padało), humory były naprawdę dobre. Na szczególną uwagę zasługuje to, że nikt nie uskarżał się na przemoczone buty lub jakieś inne niewygody, których parę było. To bardzo dobrze wróży na przyszłość.

Sprawdzenie czasu rozbicia namiotu bez instrukcji Krisek pokazuje poprawne rozbijanie namiotu Krisek rozpala ogień krzesiwem

Należy spodziewać się pięknych przygód i nowych przyjaźni. Piszę to z satysfakcją, bowiem to ja miałem przyjemność prowadzić te zajęcia, i będę - kolejne. Dziękuję Ci - Leszno. Było super!


WAŻNE!

[14.10.2009.]

Informuję, że nie jestem bliskim krewnym ani dalekim krewnym Krzysztofa Kwiatkowskiego, nowego ministra sprawiedliwości. Nie podpisałem z nim również żadnej notarialnej umowy, ani tajnej umowy o współużytkowaniu imienia z nazwiskiem.

Ponadto informuję, że wspólnota imienna połączona ze wspólnotą nazwiskową jest przypadkowa i nie idzie za tym żadna inna wspólnota. Nie wyprę się jednak, że znam jeszcze trzech innych Krzysztofów Kwiatkowskich, którzy stali się w czymś specjalistami i mają nawet znaczący dorobek - przeszła mi zatem przez głowę niecna myśl, że wszyscy oni, dobrowolnie, mogliby wziąć udział we wspólnym przedsięwzięciu (np. wycieczka na Kilimandżaro albo rajd samochodowy do krańca świata), które byłoby znane pod nazwą "Krzysztof Kwiatkowski wyjeżdża...", zaś cały świat zastanawiałby się o którego z nich chodzi.

Jednocześnie bardzo proszę nie zwracać się do mnie o pomoc w wypuszczeniu krewnych lub znajomych z pierdla. Proszę też nie sądzić, że skoro osobiście poznałem obecnego ministra ze dwa tygodnie temu i uścisnąłem mu dłoń, po czym obaj wyraziliśmy zadowolenie z faktu wzajemnego poznania, to podejmę się pośrednictwa w utajnieniu sprawy związanej z... wiecie z czym.


CO NOWEGO?

[12.10.2009.]

W serwisie nowe książki i filmy, a także nowe wydarzenia... za nami... Poszukajcie...

Odbyło się "pierwsze takie" spotkanie z Jackiem Pałkiewiczem w Głogowie. Przyjęta tam formuła ma szanse na rozwój, bowiem może być całkiem niezłym show, połączonym z pozytywnym kontaktem między ludźmi oraz okazją do spotkania myśli przetrwaniowej. Jeślibym czegoś się czepiał, to faktu, że było... zbyt kameralnie. To interesujące miasto - i to w swoje 900-lecie słynnego oblężenia - nieco zaniedbało skutecznego powiadomienia swoich obywateli. Szkoda... Chociaż spotkanie z młodzieżą przy ognisku pierwszego dnia miało ów 'nerw'.

Miłym akcentem było spotkanie Jacka Pałkiewicza z trójką przedstawicieli lęborskiej drużyny harcerskiej imienia... Jacka Pałkiewicza. A szczególnego smaku dodawał fakt, że 'młodzi' jechali na to spotkanie 11 godzin w jedną stronę!

Harcerze z Lęborka

Nam - gościom, było w Głogowie dobrze. Nasza trójka świetnie się czuła (jak wierzę) w swoim towarzystwie, byli z nami także przyjaciele z Chodzieży, Bydgoszczy, Chojnic, Warszawy i innych miast, a tworzyliśmy wspólnie sympatyczną bandę. Byli z nami młodzi ludzie, mieszkańcy Głogowa, którzy pomagali nam w podtrzymywaniu dobrego samopoczucia - dziękujemy! Trudno, bym się nie pochwalił wspólnym zdjęciem z Jackiem, z Krzyśkiem oraz naszą organizatorką spotkania, a zarazem rewelacyjną opiekunką...

My wszyscy...

Tymczasem w październikowym Traveler, dodatku do polskiego wydania National Geographic - całkiem sporo o survivalu. Warto kupić!

Traveler o survivalu


W TYM CZASIE (patrz temat niżej)

[03.10.2009.]

Po raz pierwszy odbędzie się survivalowe spotkanie na szczycie: Jacek Pałkiewicz, Krzysztof Petek, Krzysztof J. Kwiatkowski - w Głogowie, 9-tego października o 16:oo ognisko na placu przy Kolegiacie. W programie:

16:30 Zenon Hendel - "Głogów u zarania swoich dziejów"
17:00 Krzysztof Petek - "Jak zostać dziennikarzem"
17:30 Krzysztof J. Kwiatkowski - "Survival po polsku"
18:00 Jacek Pałkiewicz - "Sztuka podróżowania pasją życia"
19:00 zakończenie
W trakcie ogniska catering, pieczenie kiełbasek. Ognisko poprowadzi: Piotr Mosoń

10-tego października od rana (10:oo?) Kajtek Ginter wraz z "Człowiekiem od Siebie" oraz z "Ludziem Kriska" urządzi imprezę linową (fosa miejska), zaś o godzinie 18:oo w Miejskim Ośrodku Kultury odbędzie się spotkanie autorskie: Jacek Pałkiewicz, Krzysztof Petek, Krzysztof J. Kwiatkowski

Dni Turystki Głogów 2009


NOWOŚCI I PLOTECZKI

[23.07.2009.]

Już jestem znowu w domu. Obozik w Bieszczadach miałem ci ja w tym roku malutki i całkowicie różniący się od wszystkich poprzednich. Otóż uczestników miałem zaledwie trójkę, ale nie byli to typowi adepci survivalu, jak poprzednio. Byli to uczniowie gimnazjum, wiek: 13-15 lat. W zasadzie były to pogubione dzieciaki, które nie wiedziały czego w ogóle można oczekiwać od survivalu, ani tego, że zmęczenie może być przyjemnością. Miały one być tzw. dziećmi trudnymi, a okazały się - jako rzekłem - pogubionymi.

Obozik trwał 2 tygodnie i skończył się, kiedy właśnie dzieciaki zaczynały "załapywać". Szkoda... Fakt jednak, że byłem pod koniec zmęczony. Było to jednak zmęczenie pasjnonata, który miotał się w zdumieniu, że kogoś może nie interesować to, co on ukochał. Nikt kosza mi na głowę nie założył. Zresztą nie jestem takim typem.

Pod koniec naszego obozowania mieliśmy miłe odwiedziny: pięciu uczestników pieszej wędrówki z południa Polski na jej północ nocowało wraz z nami w bieszczadzkim dzikim zakątku. Warto zajrzeć na ich stronę http://www.freetown.pl/. My jesteśmy w domach, a oni wciąż wędrują... Obiecali nam po powrocie relację :)

Są już poważne oznaki, że survival jest w sferze zainteresowania "wyższych czynników". Wkrótce pojawi się wydanie na temat inności (w tym artykuł o inności i survivalu) po konferencji naukowej w WSP w Łodzi. Niebawem powinna pojawić się zbiorowa publikacja (z moim artykułem o survivalu) po konferencji w WSHiE w Łodzi. W listopadzie wygłoszę referat o survivalu i jego zastosowaniach na Uniwersytecie im. kardynała Wyszyńskiego - artykuł już napisany. Dla wydawnictwa pedagogicznego Raabe szykuje się artykuł... a jakże, o survivalu w wychowaniu. Wszystkie te zdarzenia wzięły się z zainteresowania uczelni i wydawnictwa. I to jest właśnie ważne. Chodzą też słuchy o szykującej się kolejnej, międzyuczelnianej konferencji poświęconej survivalowi. A spieszę donieść, że prowadzący kurs dla instruktorów survivalu (była wcześniej o tym mowa tutaj) na pewno będą mieli wiele do powiedzenia.

A w Łódzkiej Resocjalizacji wielkie zmiany! Zaczął się w lipcu remontować dach na budynku MOW nr 2, z którego w tym celu wywieziono wychowanków w kwietniu, a pracowników zwolniono (od września nie będzie już nikogo). Dalszych remontów zapewne już też nie będzie, bo zabraknie kasy. Ileż może narobić jeden remont dachu w tych czasach... A wcześniej przeżyłem w tym miejscu już dwa takie, za to w dużym spokoju.


Było: Z BARDZO OSTATNIEJ CHWILI

[01.07.2009.]

Wróciliśmy z Rumunii. Czyste szaleństwo, ileż ta wyprawa dała radości! Takiej niewymuszonej, prostej, no i w dobrym towarzystwie... Niedługo będzie sprawozdanie i uwagi. Ale to dopiero po moim bieszczadzkim oboziku, który zapowiada się nader ciekawie, gdyż zmusza mnie do pewnych zmian w formule (a to oznacza rozwój) i który potrwa do 20 lipca.

Bawoły... czyli tutejsze krowy Wjeżdżamy w góry Wysoko Wysoko w górach Widoki W chmurach Spotkanie Dostaliśmy owczego mleka Utknęliśmy w błocie... ... a dróżka była wąska, bardzo wąska Takie tu bywają W Jaskini niedźwiedziej Wspólnota Wizyta w monastyrze


Z OSTATNIEJ CHWILI

[26.05.2009.]

Szukamy jeszcze 2-3 osób chętnych na pasażera Land Rovera Discovery. Wyjazd 17 czerwca, powrót 28-30 czerwca, jedziemy tropem Drakuli!

Szczegóły: http://drakuliada.prv.pl/.

Erni! Jeszcze zdążysz się zdecydować! :-D


NOWE PUBLIKACJE

[02.06.2009.]

W dziale: Prasa i publikacje.


DOSTALIŚMY EMAILA, A NAWET DWA

[29.05.2009.]

We wcześniej opisywanej tu sprawie prowadzącej do likwidacji Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego nr 2 w Łodzi [tu można przeczytać wcześniejsze moje emocjonalne uwagi na gorąco], tuż po decyzji rady miejskiej o likwidacji, redaktor podpisany 'mas' z GW opublikował notkę mającą potwierdzić słuszność takiej decyzji, ale... posługując się kłamstwami:

W efekcie wciąż nie możemy się nadziwić, że Redaktor Naczelny łódzkiej GW, a także Redaktor Nadnaczelny GW zgadza się na taką degregoladę, i na ciągłe zbliżanie się do "Faktu" (te dwa pisma pracowały nad sprawą MOW ramię w ramię), miast trzymać się faktów...

Poniższe maile są wynikiem reakcji na to, co się dzieje, a zaczęli reagować byli wychowankowie.

> ----- Original Message -----
> From: Łukasz Dąbrowski < ... &rt;
> To: Krisek < ... &rt;
> Sent: Friday, May 29, 2009 4:29 PM
> Subject:
>
>
> Panie M z GW!
>
> Piszę bo jestem już zmęczony...
> Mam dość słuchania w radiu, oglądania w telewizji
> "bzdur" na temat jakoby Ośrodek Wychowawczy w Łodzi
> był niewydolny wychowawczo (jak to pokazaywane jest
> w mediach). Zagłębił się Pan troszkę w polityczną
> strone tej całej "afery", wokół problemów tej
> placówki, ale ok. Ja chciałbym pokazać to troszkę
> z innej strony, ponieważ jestem byłym wychowankiem
> tego Ośrodka i jakoś "za moich czasów" nikt by nie
> pomyślał o pomówieniach o gwałty, pobicia, czy
> cokolwiek innego.
> Za moich czasów było coś takiego co nazywa się
> SZACUNEK (być może Łódzcy Radni nie wiedzą, że coś
> takiego jest!) co akurat w moim przypadku skutkowało
> rewelacyjnie.
> Za moich czasów nie było wyzwisk, bicia, udawadniania
> wyższości nad wychowankiem. Owszem, jak to "trudna
> młodzież" mieliśmy swoje grzechy wobec zeksów
> (wychowawców), ale mieliśmy też własny styl
> i charakter jako grupa. U nas wystarczyło ustalić
> reguły i według nich żyliśmy. Nie było przeginania
> pały ani przez nas, a tym bardziej przez wychowawców,
> jak coś było czarne to takie było, nikt nie próbował
> tego malować. I to było bardzo ok.
>
> Dzisiaj słucham radia i z przykroscią stwierdzam,
> że ktoś albo jest jeb...ty albo wogóle nie ma pojęcia
> co robi (jako obecny student resocjalizacji
> przepraszam, jako wychowanek daje sobie do tego prawo,
> bo jestem przecież nieprzystosowany społecznie).
>
> Panowie i Panie Radni grzejąc dupy na stołkach mowią,
> mówią i na tym koniec. Ja stoję za tymi, którzy
> pracują w MOW, z tymi ludzmi, którzy dokładają grosz
> od siebie, by chłopakom choć troszkę było lepiej.
> Jestem przekonany o sukcesie tej placówki, ponieważ
> pracują tam ludzie, dzięki którym dzisiaj mogę napisać
> to, co własnie Pan czyta.
> To dzieki tym ludziom dzisiaj studiuję i chcę kiedyś
> robić to, co oni dziś: PRACOWAĆ z trudną młodzieżą.
>
> Łukasz Dąbrowski

i jeszcze jeden...

> ----- Original Message -----
> From: Radek Remiszewski < ... &rt;
> To: Krisek < ... &rt;
> Sent: Friday, May 29, 2009 4:29 PM
> Subject: sprzeciw
>
> Drogi Krzyśku! postanowiłem napisać wierząc że
> umieścisz mojego maila na swojej stronie a to o czym
> chce powiedzieć nie ma nic wspólnego z survivalem
> tylko tyczy sie nagonki (tak, to dobre słowo) NAGONKI
> na zamkniety już ośrodek przy ulicy Łucji w Łodzi.
> Ty to wiesz a tym którzy nie wiedzą chce powiedziec
> że ongiś byłem wychowankiem tego ośrodka. Przełom
> roku 1996-1997 to czas kiedy ja mialem tą SZANSE aby
> byc w tym miejscu, miałem ZASZCZYT poznac pracujących
> tam wychowawców.
> Teraz kiedy słysze o zamknięciu tej placówki, kiedy
> czytam rewelacje gazety wyborczej o tym jak to ci
> podli wychowawcy znecali sie nad biednymi wychowankami,
> SZLAG MNIE JASNY TRAFIA.
> Ludzie nie wierzcie w to co czytacie w niusach pana
> PISMAKA Marcina Masłowskiego. Jestem zywym dowodem na
> to że praca oraz poświecenie wychowawców tam
> pracujących miała, ma i wierze że bedzie jeszcze miała
> (pomimo rewelacji GW) sens. Mnie osobiście, a i jestem
> przekonany że wielu innym również, pobyt tam uratował
> życie. W czasie kiedy rodzina, sądy, połeczeństwo
> "postawiło na nas krzyżyk" to właśnie ci "podli"
> wychowawcy widzieli w nas młodych ludzi którzy mają
> jeszcze szanse na normalne życie w społeczeństwie.
> Ci ktorzy tam nie byli nie wiedza że praca wychowawców
> tej placówki to nie tylko osiem godzin "służby" i do
> domu, oni byli niemal na kazde zawołanie, kiedy działo
> sie cos co wymagało ich interwencji to nie wazne czy
> to dzień, czy to noc, swieta czy dzień powszedni, byli
> zawsze, wystarczył telefon "wychowawco mam problem
> potrzebuje cię teraz" nigdy nie odmówili.
>
> Jeszcze raz powtarzam "NIE BYŁO PRZEMOCY WOBEC
> WYCHOWANKÓW STOSOWANYCH PRZEZ WYCHOWAWCÓW". Czy
> wychowankowie bili sie miedzy sobą?
> Pamietam swój pierwszy dzien: zostałem przydzielony
> do grupy świetej pamieci Edwarda Błaszczyka, jak sie
> później okazało trafiłem idealnie gdyż był to świetny
> pedagog oraz wspaniały czlowiek, wiec owego dnia okazało
> sie że jest wyjazd na basen Pan Edzio spytał mnie więc
> czy mam chcę jechac.
> Owszem miałem lecz troche sie bałem że mam isc cała
> droge z innymi wychowankami z ośrodka na basen (tak, tak
> moi drodzy, iść sami bez eskorty policji nie w kajdanach)
> nowe miejsce, młodzież po przejściach, miałem prawo się
> bać, toteż Pan Błaszczyk poprosił jednego z wychowawców
> innej grupy, Pana Leszka Nowaka, abym mógł się z nim
> zabrać jego polonezem.
> Kiedy tak siedzielismy w tym samochodzie i jechaliśmy
> na basen spytałem Pana Leszka "czy biją sie tutaj, czy
> coś mi grozi?" Odparł "czy w normalnym domu gdzie są
> rodzice jest dwóch rodzonych braci, jak sądze: czy
> zdarza sie że czasem się pobiją?" "Tak" odparłem, "wiec
> i tu sie zdarza ale nic ci nie grozi poniewaz my
> jestesmy i każdy wychowawca słuzy ci pomoca jeśli
> bedziesz jej potrzebował"
> Uwierzyłem mu i słusznie, nie okłamał mnie. W miare jak
> klimatyzowałem sie w ośrodku poznawałem wychowawców
> a wspomniany Pan Błaszczyk toczył swoja walke
> z nowotworem i niestety nie mógł juz pracowac
> (jezdzilismy do niego do szpitala, jezdzilismy do
> czlowieka ktorego uwielbialismy) do mojej grupy
> został zatrudniony "stary ale nowy" wychowawca (stary
> poniewaz wczesniej juz pracował a nowy bo przyszedł do
> pracy kiedy ja juz tam byłem) Grzegorz Stopczyk i wielki
> poklon skladam w jego strone.
> Utwierdziło mnie to w przekonaniu ze lepiej trafic nie
> mogłem. Człowiek z sercem na dłoni, gotowy zawsze słuzyć
> pomoca, radą. Jak dobry tato zawsze wysłuchał, pomógł,
> doradził. Wykraczał poza swoje obowiązki prosząc sąd
> o przepustki dla mnie oraz kiedy juz skończyłem szkołe
> prosił o zwolnienie mnie z ośrodka.
>
> I jeszcze kilka słow o samym Krisku czyli Krzysztofie
> Kwiatkowskim, postać ciekawa barwna i nietuzinkowa,
> znajomosc z nim powoduje że człowiek zupelnie zmienia
> swoje myslenie, potrafi zaszczepic wszystko co pozytywne,
> osoba która nawet po opuszczeniu ośrodka nie jest obojętna
> wobec wychowanków czego jestem żywym dowodem.
> Krisek nie był wychowawcą mojej grupy ale rzecz jasna
> był w ośrodku i wszyscy mieli do niego dostep z czego
> i ja z ochotą korzystałem i uwierzcie mi ze nie tylko
> w pracy miał czas dla nas.
> Przyjechał cyrk wiec załatwił wejsciowke za darmo
> (w zamian pomagaliśmy składac namioty cyrkowcom).
> kiedy to w roku 1997 opusciłem placówke mimo wszystko
> utrzymywałem kontakt z wychowawcami a kiedy to kilka lat
> pózniej nie bardzo miałem gdzie się podziać i juz myślałem
> ze jestem na dnie (dla niewtajemniczonych powiem że w domu
> rodzinnym nie dało sie mieszkać, matka alkoholiczka...
> itd. itp.) zadzwoniłem do starego znajomego Kriska
> z prośbą o pomoc i co usłyszałem? w zasadzie nie rozgadywał
> sie za dużo powiedział poprostu wsiadaj w pociąg
> i przyjeżdzaj, jak powiedział tak zrobiłem i juz nastepnego
> dnia miałem dach nad głową, miałem gdzie mieszkac.
> Postanowił udostepnic mieszkanie które miał po swojej
> wczesniej zmarłej matce jak sie okazało nie byłem tam sam,
> w mieszkaniu tym własnie na Łódzkich Bałutach mieszkal już
> jeden były wychowanek którego zreszta znałem z ośrodka,
> który szukal w Łodzi jakiejkolwiek pracy i opiekował się
> tym mieszkaniem.
> Więc pytam Pana PISMAKA Masłowskiego, pytam władze Łodzi
> czy tak postepują znecający sie, olewający swoich
> podopiecznych wychowawcy?
> Skoro tak wygląda znecanie sie to ja prosze WSZYSCY LUDZIE
> ŚWIATA ZNĘCAJCIE SIĘ NADE MNĄ w taki sam sposób jak robili
> to wychowawcy, znęcajcie sie.
> DZIĘKUJE MOW W ŁODZI ŻE MOGŁEM SIE TAM ZNALEŹĆ, DZIEKUJE
> WAM WYCHOWACY ZE WAS SPOTKAŁEM NA SWOJE DRODZE, DZIEKUJE CI
> GRZESIU STOPCZYK, KRISKU, EDWARDZIE BŁASZCZYKU,
> LESZKU NOWAKU I WSZYSTKIM WYCHOWAWCOM ŻE POKAZALISCIE MI JAK
> ZYC,zawsze bede wdzieczny,
>
> pozdrawiam
> Radek Remiszewski

SZTUKA PRZETRWANIA I EDUKACJI W TRUDNYCH WARUNKACH

[29.05.2009.]

W EduNews pojawił się wywiad z Kriskiem - rozmawia Agnieszka Andrzejczak.


LA PRIMAVERA I POLACY

[26.04.2009.]

Wyjechałem sobie na rowerową przejażdżkę. Wiosna... ciepły weekend... wolny czas... żona też w nastroju... Jedziemy.

Zaraz po wjeździe na tereny okołoleśne zobaczyłem wypoczywających Polaków. "Polonez' z otwartymi drzwiami, mężczyzna siedzi na miejscu kierowcy i słucha swoje ulubione kasety, kobieta oparta o pień brzozy, ze wzrokiem utkwionym w przestrzeni, zapewne widziała siebie w tym miejscu w roku 1964... Obok druga, podobna grupa, za krzewami trzecia, a dalej majaczą inne nieruchome sylwetki - jakby ten sam malarz malował. Dookoła masa śmieci: plastikowe torby i butelki, potłuczone szkło, jakieś pokruszone cegły. Pomyślałem sobie, jak muszą wyglądać mieszkania tych ludzi, skoro to miejsce uznali za piękne i w sam raz do rekreacji.

A tuż obok - ściana lasu. Największy las miejski w Europie, czyli łódzki Las Łagiewnicki na szczęście całkiem czysty - leśnicy działają sprawnie. Dopiero koło Arturówka, gdzie koło stawów na Bzurze gromadzą się ludzie... dookoła resztki biesiadowania. Brrr...

Najciekawszym studium było jednak obserwowanie spotkań rowerzystów ze spacerowiczami. Ci pierwsi, jak jakaś nowa generacja gatunku ludzkiego, sprzęgnięci ze swoim sprzętem wyczarowanym wcześniej w najlepszych programach designerskich, z kosmicznie okaskowanymi głowami, skoncentrowani, opanowani, dyskretni - panowali nad rzeczywistością faktycznie.

Piesi spali. Albo byli oczadziali wiosną. Gdy jechałem śmigłym rowerem, a w mojej głowie huczała "La Primavera" Vivaldiego część pierwsza, co chwila miałem muzyczny stop. Trzeba było ominąć pieszych. O ile cykliści stosowali automatycznie reguły drogowe i wszelka mijanka odbywała się bezproblemowo, o tyle piesi... tak to nazwę... głupieli. Jak Aborygeni na widok pierwszej kolei żelaznej.

Ponieważ mój umysł nawykł do spotykania na swej drodze wielu zjawisk niesamowitych i mało logicznych, nauczyłem się reagować spokojnie, bezstresowo. Delikatny hamulczyk, toczę się powolutku, żona sunie za mną jak po  linii... Czuję się jak narzędzie precyzyjne. Smakuję fakt, iż nie przewracam się na bok, chociaż jadę ledwo ledwo. Bardzo mi się to podoba. Mam wrażenie, że żona w tym czasie mogłaby zeskoczyć ze swojego roweru, nazrywać nieco zawilca gajowego i pojechać za mną tuż tuż. Tymczasem piesi nie nadążali...

Piesi nie nadążali w sposób bezwzględny. Nie było ważne, czy mnie widzieli, czy nie (bo na przykład zbliżałem się od tyłu) - czas reakcji był ten sam. Nieważne też, czy zauważali mnie w ostatniej chwili, czy też widzieli od dawna. Zawsze oczekiwali, że ulecę wysoko i nie zakłócę im ich snucia się. Zawsze mieli problem, czy iść lewą czy prawą stroną. Zawsze ci z lewej szli na prawą, ci z prawej wpadali na nich, a ja starałem się z całej siły, aby - będąc narzędziem precyzyjnym - nie stać się skalpelem.

U pieszych pojawiały się jednak szczątkowe ślady świadomości. Jako 'szczątkowe' nie miały zbyt dużych możliwości, dlatego najczęściej korzystały z mocno zakorzenionych schematów oraz wytresowanych postaw. Było to szczególnie widoczne u pieszych z dziećmi i psami. Nie będę się nadto rozwodził nad szczególnymi przypadkami, a wierzcie mi proszę, że było wiele - niezwykle barwnych - zachowań. Sprowadzały się one do jednej myśli przewodniej, którą tu streszczę: "A spróbuj tylko musnąć jeden włos z ogona mojego psa!", czemu towarzyszyło uważne przyglądanie się, czy ośmielę się, by to zrobić. To samo odnosiło się do dzieci. Żadnych odruchów samozachowawczych...

Gdzie nie byłem, na całym świecie matki zgarniały swoje dzieci, aby nie doznały nawet przypadkowej szkody. Właściciele psów niepokoili się, że ich pupil może nagle zmienić kierunek swej trasy i wpaść pod koła. Każdy myślał o tym, że może stać się coś niezbyt miłego. Ale  u nas, wiosną, można się bardzo łatwo przekonać, że Polak jest gotów sam stracić wiele, ale wtedy przynajmniej wyraźnie wyjdzie na to, że to była wina tego drugiego...


PAŁKIEWICZ I AMAZONKA

[26.04.2009.]

Wyszła naświeższa książka Pałkiewicza - o Amazonce. Szczerze mówiąc: w jakiś sposób może i przyczyniłem się do jej powstania (jeśli, to w dziesięciotysięcznej części promila), gdyż zapytany o moje zdanie w tej kwestii, mocno zaznaczyłem, że pojawić się powinna.

Dyskusja nad odkryciem źródeł Amazonki była zacięta i niekoniecznie dżentelmeńska. Najbardziej podobał mi się argument "człowieka wątpiącego", który brzmiał mniej więcej tak: "Co to za odkrycie, skoro Józek w zeszłym roku przejeżdżał rowerem koło tamtego miejsca?!" Tymczasem - moim zdaniem - cała kwestia była nieporozumieniem, którego by nie było, gdyby Pałkiewicz użył sformułowania "oznaczenie źródeł", a w końcu przecież wciąż tego stanowiska bronił. Miał do tego pełne prawo oraz wsparcie ze strony przyjętej metodyki, współpracy ze strony specjalistów, a na koniec - ze strony władz państwowych kraju, na którego terenie owe źródła się znajdowały.

Amazonka

Sądzę, że w poodkrywanym już na lewo i prawo świecie, niewiele jest miejsca na kolejne odkrycia. Jednocześnie warto sobie uświadomić, że słowo "odkrycie" oznacza spostrzeżenie, zbadanie, określenie i nazwanie czegoś, co nieustannie koło nas istniało, aleśmy sobie nie zdawali z tego sprawy. Józek mógł nawet moczyć nogi w źródłach Amazonki, ale nie zdawał sobie sprawy, że to Amazonka. Uważał to miejsce za zwykłe mokradło koło ścieżki...

Zdarzenie zatem ma pełne prawo do nazwy "odkrycie", ale skoro kogoś kłuło w oczy, bo zbyt przywiązał się do tajemniczych, samotnych wysp bezludnych, to trudno. Dlatego namówiłem Jacka Pałkiewicza, aby rozwiał wątpliwości i pisał o najnowszym wyznaczeniu źródeł. Czy tak zrobił - przekonajmy się...


Kurs na instruktora SURVIVALU

[06.04.2009.]

Krisek został zaproszony do objęcia pieczy nad szkoleniem na Instruktora Survivalu jako kierownik merytoryczny.
Szczegóły w dziale imprezy.


SPRAWA DO D...

[30.01.2009.]

Przyszedł do mnie taki oto mail:

"Wychowywałem się na wsi w otoczeniu lasu i od dziecka pasjonowało mnie nie tylko przetrwanie, ale także komfortowe życie w lesie z użyciem minimalnej ilości zdobyczy cywilizacyjnych. Wzorowałem się na książkach Jacka Londona, czy Jamesa Oliwera Curwooda, jednak książki przedstawiają dość wyidealizowany obraz dalekiej Północy. Na przykład: nie spotkałem się nigdzie z opisem załatwiania czynności fizjologicznych w lesie, przy 50-o stopniowym mrozie. Poza tym nie wyobrażam sobie trapera wyruszającego na wyprawę z  rocznym zapasem papieru toaletowego! Również na Pana stronie ani w książkach Raya Mearsa nie spotkałem żadnego rozwiązania tego jakże istotnego problemu;) Zachowanie higieny osobistej jest równie ważne jak utrzymanie stóp w czystości. Dlatego zastanawiam się, jak radzą sobie z tym inni bardziej ode mnie doświadczeni survivalowcy. Osobiście używam zwykle możliwie największych, najmocniejszych i pozbawionych kolców liści jakie znajdę w pobliżu. To jest jednak opcja na lato i jesień. Znam przypadek, kiedy jednego z kolonistów nagła potrzeba dopadła zimą, w świerkowym górskim lesie. Nikt nie miał nawet chusteczek, więc za papier toaletowy posłużyły świerkowe gałązki. Nietrudno się domyślić, że nie było to zbyt przyjemne;) Czy istnieje jakaś alternatywa dla dołączenia papieru toaletowego do przedmiotów "absolutnie niezbędnych" tuż obok noża? Czy istnieją jakieś nietypowe źródła naturalnego "papieru toaletowego" dostępne o każdej porze roku?"

Odpowiedziałem tak:

"Ha! Problem fantastyczny do rozważań... Rzecz jasna nasze ograniczenia związane z higieną osobistą powiązane są z nawykami dnia codziennego, a zatem ze standardami czystości osobistej. Są ludzie, którzy godzą się z tym, że idą spać bez wieczornej toalety, ale mają sumienie również nieczyste i cierpią z tego powodu. Są tacy, którzy potrafią się nie myć przez tydzień i nie myślą o tym (po powrocie z gór stają się znów czyściochami).

Sprawa podcierania jest nieco innego rodzaju. Nie stanowi jednak problemu ogromnego. Najprostszym sposobem (w każdej temperaturze, a w warunkach dzikości) używać wystruganej łopatki (bez zadziorów) do usunięcia resztek odchodów. Potem należy użyć noszonej przy sobie szmatki (można ją zwilżyć wodą lub śniegiem - roztapiając go za pazuchą w woreczku ze szmatką). Po zabiegu przyrządy chowa się do woreczka (otarłszy wcześniej łopatkę o ziemię, trawę bądź śnieg) i płucze przy pierwszej okazji (szmatkę, po uprzednim wypłukaniu, można spokojnie zagotować czy przegrzać przy ognisku co jakiś czas).

Dodam, że bywają okoliczności, które "mogą nie dać" się podetrzeć (muszę się szybko ewakuować dla ratowania wolności, zdrowia, życia) - nie ma wówczas "zmiłuj"...

Na moich stacjonarnych obozach istnieje zwyczaj, że zanim zostanie zrobiona latryna, każdy odchodzi do swego stałego, wybranego zakątka. Przed wypróżnieniem robi się niewielkie zagłębienie w ziemi, które potem się przysypuje. Z braku możliwości kopania przykrywa miejsce defekacji liśćmi, korą lub kamykami i na to kładzie jakieś grube gałęzie. Zniechęcają one zazwyczaj inne osoby do działania w takim miejscu. Zresztą uczymy się znajdować wzrokiem takie punkty w przestrzeni, które raczej nie staną się "wypromowaną ścieżką"."


POTRZEBA KONTYNUOWANIA

[16.01.2009.]

W świetle wielu rzeczy, które niegdyś powiedziałem lub napisałem, w całkiem naturalny sposób zabrzmi myśl prowadzenia zajęć SURVIVALOWYCH dla ludzi w jakiś sposób poszkodowanych psychofizycznie. Mam już koncepcję wypracowania metodyki we współpracy z niewidzącymi i niesłyszącymi. Ludzie z uszkodzeniami kończyn również mogą włączyć się w poszukiwania rozwiązań. Niedawno obejrzany przeze mnie - ze wzruszeniem, bo prawdziwy - film "Błękitny motyl" nagonił moje myśli na powrót (obejrzyjcie "4-te piętro") do dzieci chorych na raka...

Kontynuacja pewnych myśli pojawia się w rozważaniach nad tym, CO JEST ISTOTĄ survivalu...? I dlaczego znajduję myśl survivalową w takich filmach, jak "Zapach kobiety" oraz "Kadet Winslow"? Czy to tylko moja rozbrykana wyobraźnia? Już wzdychano nade mną, że znalazłem sztukę przetrwania w bajce "Król sokołów", a także w "Niekończącej się opowieści"... Na szczęście uratowała mnie opinia pewnego "młodszego brata" (nieustannie twierdzę, że dzieci widzą i czują świat dużo lepiej, ale go nie rozumieją; dorośli - odwrotnie) - vide 'Survivalowe widzenie' w 'FILOZOFII SURVIVALU'.


POTRZEBA PODSUMOWANIA

[15.01.2009.]

Jakoś mi się tak ckliwie zrobiło... Nie nie, nie ckliwie - zacząłem oceniać wspomnienia. I stwierdziłem, że wiele osób, zniechęconych do życia, pogubionych, zawiedzionych, bezradnych, żyjących bez żadnych nadziei - powinno mi zazdrościć.

Stwierdziłem po pierwsze, że napisanie książki o survivalu, zamiast spodziewanych gromów od znawców tej sztuki, dało mi masę dobrych znajomości - także z ludźmi, do których kiedyś nie śmiałbym podejść ;)

Stwierdziłem po drugie, że survival powoduje mój nieustanny rozwój, daje wewnętrzny spokój, dostarcza pozytywnych wrażeń. Jestem wręcz przekonany, że dzięki niemu będę żył dłużej (sic!) i lepiej (sic! sic!)

Po trzecie na koniec, dzięki moim wyjazdom z innymi ludźmi byłem świadkiem niesamowitych przemian w ich życiach - tak w trybie życia, jak i w osobowości oraz postawach - wypracowałem sobie całą metodykę pracy z innymi i jednocześnie zdobyłem przyjaciół.

To ogromna ilość "dobrego", nieoczekiwana i oczekiwana, czyniąca życie pięknym - co by nie gadać...


TAK, ZGADZA SIĘ

[10.01.2009.]

W najnowszej książce Jacka Pałkiewicza "Sztuka podróżowania" jest zacytowany mój tekst napisany specjalnie do tej książki, który dotyczy podróżowania właśnie (na stronie 38). Jestem z tego tekstu dumny. Jeśli chcecie poznać mój pogląd - zajrzyjcie tam...


ZIMA - CO ROBIĆ?
Temat na czasie

[03.01.2009.]

Przypominam, że informacje o zachowaniu się podczas mrozów i opadów śniegu, a także w razie wystąpienia lawiny, znajdują się w naszym serwisie w dziale "ABC survivalowca".


RECENZJA

[02.01.2009.]

Znaleziono w necie recenzję mojej książki. Wystawiono ją w Biblionetce. Dziękuję - miłe...

O byciu niebezradnym
Redakcja BiblioNETki poleca!

Książka: Survival po polsku: Szkoła przeżycia dla normalnych i szalonych (Kwiatkowski J. Krzysztof)

Książka była wydana po raz pierwszy w 1996 roku, a więc przed nią ukazała się tylko jedna książka Polaka o sztuce przetrwania, autorstwa Jacka Pałkiewicza, ale... było to tłumaczenie z języka włoskiego, gdyż autor tam mieszka na stałe. Obecnie parę rad zawartych w książce lekko trąci myszką, ale jest to wynikiem nazbyt szybko zmieniającego się świata.

Na pewno "Survival po polsku" jest książką, która przecierała szlak. Nie jest napisana schematycznie, w każdym fragmencie wyczuwa się, że autora niesie pasja. Komunikacja z autorem - jak przy ognisku. Język może wydać się purystom niespójny, ale wyczulony czytelnik rozpozna intencje autora. Jest to manewr, który ma za zadanie zainteresować młodego czy niedoświadczonego czytelnika, jak błystka migająca koło haczyka, którym jest rzetelna informacja. Mówiąc lekko o rozmaitych życiowych zjawiskach, autor wprowadza do poważnych refleksji i zmusza do wartościowania. Znane mi są opinie innych ludzi, że właśnie sposób narracji wciąga szczególnie, choć to, zda się, tylko "poradnik".

A wszystko tyczy się przetrwania. Ma się wrażenie, że treść będzie odnosić się do rekreacyjnego, choć nieco poważniejszego spaceru po lesie. Ale już na początku autor mówi, że sprawa jest daleko bardziej złożona, zaś uzyskany wynik zależny jest od nas samych. A potem okazuje się, że mowa również o powodziach i pożarach. A potem okazuje się, że mowa o przetrwaniu wśród... swoich. I że to nie jest proste.

Jeżeli kiedykolwiek autor przystąpi jeszcze raz do pisania o survivalu, będzie to dzieło niezwykle ważne. I bardzo dojrzałe.


Danielu G.

[28.12.2008.]

Zajmij Ty się survivalem, a nie pierdołami, OK? ;D

Dnia następnego: niech będzie, że nie "pierdołami", ale spróbuj odkryć atrakcyjność, przydatność i urok sztuki przetrwania - SZTUKI, powtarzam...


Survivalowych Świąt!

[25.12.2008.]

Tak jest! Nie dajmy się zwieść. Rok 2008 pokazał (a jeszcze się nie skończył, kiedy to piszę, więc jeszcze może pokazać), że jest pełen niespodzianek. Bądźmy czujni!

Ostrzeżenie od Mikołaja!

"Mik" sam mi przekazał informację tego rodzaju - bądźmy czujni, powtarzam... A swoją drogą przecież wiem, że sobie świetnie poradzimy - mamy to we krwi. A więc bawcie się i bądźcie zdrowi!


Wyprawy nominowane do Travelery 2008 National Geographic

[24.12.2008.]

Tak się złożyło, że 3 spośród 4 nominowanych do nagrody National Geographic Travelery 2008 w kategorii Wyczyn Roku były zapowiadane, opisywane lub nawet szeroko relacjonowane w naszym serwisie:

Mamy jak widać dobrą 'rękę' do ważnych imprez.

(To ja zgłaszam swoją jesienną wyprawę na grzyby, wkrótce umieszczę relację, zaraz... gdzieś tu miałem zdjęcie grzyba - Monter)

Colca Condor 2008

[23.12.2008.]

W dziale "Przygody (z survivalem)" specjalnie dla "Survivalu dla Wszystkich" Mirosław Olszycki relacjonuje wyprawę z września: relacja - jest to ciąg dalszy informacji, którą rozesłał 11 września.


Minimalistyczny biwak.

[20.12.2008.]

Czyli Staszek i Mariusz w lesie.


Spotkania ze światem. Zdarzenia, zderzenia, poznanie.

Jeśli zajrzycie do naszych imprezowych aktualności, to znajdziecie, że: Nadbałtyckie Centrum Kultury (Gdańsk, Korzenna 33/35) w dniach 21-22 października 2008 roku organizuje survivalową imprezę.
Wstęp wolny, a szczegóły tutaj: http://www.trojmiasto.pl/info_imp.php?id_imp=107486.


JEDZENIE GLEBY - NOWA ODSŁONA

[09.10.2008.]

Cytuję tu sam siebie z książki "Survival po polsku":


W trudnych, naprawdę trudnych warunkach żywieniowych, można nawet jeść glebę. Zawiera ona w sobie drobinki białka, soli mineralnych i wody, zaś żołądek sobie jakoś z tym wszystkim będzie musiał radzić, mimo braku wspomnianego ziołowego wspomagania, chociaż tu akurat byłoby ono bardzo potrzebne. Równie potrzebne, dla rozpulchnienia zawartości żołądka, byłoby zjadanie (ale przy dobrym zgryzaniu) faktycznie niejadalnego, suchego drewna, może też być trawa — wszystko to jedynie w formie wypełniacza.
Dodam też, że pewien dziennikarz napisał o tym w swoim artykule poświęconym survivalowi — było to po rozmowie ze mną — ale zamiast słowa „gleba“ użył słowo „piasek“. Czy zauważacie jakąś różnicę?

Na użytą przeze mnie w formie przykładu (w pierwszym wydaniu książki) „glebę“
oburzyli się Młodzi z pewnego klubu survivalowego (militarystycznego).
Stwierdzili, że tam, gdzie jest gleba — musi być roślinność,
a więc inny niż gleba i zarazem dużo lepszy pokarm.
Poza tym nie mogli sobie wyobrazić (w swoim wykonaniu) całego tygodnia
z nakładaniem sobie gleby na talerz. Ba! Ponieważ było to akurat spotkanie na żywo
(na wieczorze autorskim Jacka Pałkiewicza), mogłem odpowiedzieć od razu,
że po pierwsze powinni ujrzeć oczami duszy — wspomnianą w tej książce —
sytuację niemożności wyjścia z wykrotu czy zapadliska.

Glebę prawdopodobnie będziemy tam mieć, lecz roślinność — niekoniecznie.
Po drugie nie proponuję bynajmniej stołowania się
z uwzględnieniem akurat diety glebowej,
lecz mówię o warunkach ekstremalnych.

Młodzi zwrócili się o arbitraż do mistrza Pałkiewicza i prawdę mówiąc sam wówczas zadrżałem.
Mistrz jednak w rozsądny sposób określił sprawę jako wynik ludzkich doświadczeń,
a nie sztywną formułę matematyczną. Wyjaśnił przy tym, że niektórzy uznani podróżnicy
wskazują na fakt, iż udało im się przeżyć pijąc wodę morską,
podczas gdy znów inni kategorycznie tego odradzają

Ja już nie dodawałem — aby nadto Młodych nie gnębić —
że jedzenie gleby znane było już przed tysiącami lat,
i nadal jest stosowane w chwilach głodu choćby w Chinach, Indiach czy Afryce.
Zresztą, o ile wiem, pewnie nawet to by ich nie przekonało,
zwłaszcza, że odpowiedź Pałkiewicza uznali za wymijającą, a więc…
świadczącą na ich korzyść (o czym mi donieśli tzw. życzliwi).
Będę tu złośliwy, lecz zacytuję owych życzliwych, którzy określili Młodych
jako „nieprzemakalnych“ i dodali, że nieprzemakalność jest niewątpliwą zaletą,
jeśli chodzi o survival, lecz nie wtedy, gdy dotyczy ona powłok mózgowych.

Wyraźnie chcę zaznaczyć pewną myśl: wybierając się na survivalową wyprawę —
traktowaną jako rodzaj sportu — nie myślcie o tym, że będziecie spożywać leśne dary
w ilości sycącej i zgodnie z upodobaniami smakowymi.
Jedzenie tego wszystkiego w warunkach ekstremalnych ma pozwolić przeżyć, a nie utrzymać linię.


W październikowej odsłonie miesięcznika Fokus znajdziecie artykuł Macieja Nikodemskiego pt.: "Gliniana multiwitamina?". Jest tam wiele na temat zjawiska spożywania tego specyficznego daru naszej planety. Pozwolę sobie na odrobinę satysfakcji, zwłaszcza, że znalazłem w artykule swoje nazwisko...

Przypomnę też przy okazji książki nieocenionego Łukasza Łuczaja "Podręcznik robakożercy" oraz "Dzikie rośliny jadalne Polski", jak również Detleva Henschela "Jadalne dzikie jagody i rośliny".


WITAMY CHORWACJĘ

[08.10.2008.]

Od wczoraj mamy w zestawie linków (folder Źródła wiedzy) namiar na Chorwację (Hrvatska), kraj który Polakom zawsze się podobał, a w którym działa Croatian Outdoor Survival School (Hrvatska Škola Preživljavanja).


BYĆ DYPLOMOWANYM

[08.10.2008.]

Jestem wychowawcą dyplomowanym z tzw. "pierwszego rzutu". Ponieważ jestem czasem mało pokorny i równie mało dbam o sprawy nieistotne, moje przedstawione materiały były nie do końca wg wymagań. Mimo wszystko je zatwierdzono. Był to zapewne gest, gdyż jak mi potem przekazano, nikt nie chciał sarkać widząc mój faktyczny dorobek. Od tamtej pory zdołałem nauczyć się jeszcze więcej i dokonać jeszcze więcej. Nie mam jednak żadnego poczucia satysfakcji z dyplomowania. Jednocześnie z przyznaniem dyplomowania anulowano moje zdobycie I stopnia specjalizacji i wymazano wszystkie długotrwające zabiegi koło jego zdobycia i zaliczenia egzaminu (mówiono mi wtedy, że z moim dorobkiem mógłbym mieć od razu II stopień, ale przepisy nie pozwalają). Podwyżkę za dyplomowanie dostałem w ilości 1/3 w stosunku do obietnic. Nie jestem człowiekiem starym, ale do końca życia nie czeka mnie już żaden awans, ani żadna poważna podwyżka mimo mych zasług...

W "drugim rzucie" dyplomowanymi zostali moi koledzy z miernym dorobkiem, ale za to z koneksjami, więc sobie wzajem poświadczyli, że ich fikcyjny dorobek nie jest fikcją. Komisja weryfikacyjna to przełknęła gładko. Miałem ochotę zrzec się dyplomowania, bo było to dla mnie jakby naplucie w twarz. Pomysły władz wraz z okrojeniem podwyżki dla dyplomowanych poszły w kierunku egalitaryzmu: każdy nauczyciel - dyplomowanym (wcześniej czy później). Zbieranie fikcyjnych świadectw o ukończeniu kursów aż furczało. I jest tak do tej pory.

W "trzecim rzucie" pomagałem osobiście w ułożeniu materiału na dyplomowanie dwu moim kolegom, którzy rewelacyjnie pracowali z młodzieżą, ale nie mieli cierpliwości do ciągłego poprawiania zebranego materiału, gdyż wymagania zmieniały się w trakcie. Było to niezwykle męczące. Zwłaszcza, że wymagania zmieniły się tylko pod względem formalnym. Merytorycznie schodziliśmy w dół.

Moje wnioski: jestem dyplomowany, wciąż się rozwijam, niewiele z tego mam i nic więcej mnie nie czeka. Patrzę jak wyrównuje się drogę do awansu moim młodszym kolegom. Nadziei nie mam żadnej. Na nic.

Dodam, że pracuję z młodzieżą trudną. Na początku mej kariery dostawałem 60% dodatku za trudną pracę. Kiedy w Nowej Polsce były pierwsze poważne podwyżki dla nauczycieli, nam obniżono dodatek do 50% - zarabialiśmy tyle samo. Druga poważna podwyżka dla nauczycieli dała nam odjęcie 20% dodatku, czyli do 30% - zarabialiśmy więc nadal tyle samo. Obecnie dostajemy dodatek nie procentowy, ale w postaci stałej sumy. Jest to ok. 20% dodatku. Na co jeszcze można liczyć...

Wiem wiem... na kolejne zmiany...


PROSZĘ O POMOC

[01.10.2008.]

Dostalem zamowienie na podrecznik akademicki dotyczacy survivalu i jego wplywu na ludzi. W zwiazku z tym bardzo prosze o pomoc. Bedzie ona polegala na dostarczeniu mi tekstu na temat swego spotkania z survivalem. Tak wlasnie brzmi zagadnienie: "Moje spotkanie z survivalem".

Nie chodzi jednak o romantyczne wizje "z pierwszego dnia", ale o analize owego spotkania, i co dalej... Nie moge rozwijac tematu, gdyz narzuce komus mysli.

Istotne jest:

Sprawe uwazam za bardzo pilna. I z gory dziekuje!
UWAGA: na odpowiedzi czekam do 19 pazdziernika.


WSPÓŁRZĘDNE MIEJSCOWOŚCI

[01.10.2008.]

TUTAJ WŁAŚNIE znajdziecie geograficzne współrzędne miejscowości w Polsce.

DOPIERO TERAZ

[27.09.2008.]

Dopiero teraz umieszczam link, abyście zajrzeli w miejsce, które Was natchnie. Potem już sami podejmiecie decyzję...

Pamiętajcie, że jesteśmy integralną częśćią przyrody (wiem, że to brzmi strasznie poważnie), a zatem powinniśmy szukać i korzeni, i związków, i radości pokrewieństwa...

Idź tam!


PONOWNIE ŁUKASZ ŁUCZAJ

[26.09.2008.]

Pojawiła się już zapowiadana przez Łukasza praca zbiorowa poświęcona dzikim roślinom jadalnym. Jest ona wynikiem prac konferencji naukowej z 2007 roku. Dla miłośników tematu - rarytas. Dla zaciekawionych - okazja do zapoznania się z rodzimymi roślinami, które jadano niegdyś i które jada się nadal. Książka zawiera pięć artykułów, w których maczał palce Łukasz.

Nieustannie zastanawiają mnie ludzkie reakcje na roślinki rosnące tuż pod nogami. Kiedy mówię jak je można przyrządzić, krzywią się albo piszczą jak blondynka na widok pająka. Żadne wyjaśnienia, że marchew rosnąca na łące oraz w w ogrodzie jest właściwie tą samą rośliną, tylko jedną z nich bardziej się opiekowano - nie dają efektu...

No to poczytajcie...

Dzikie rośliny jadalne

W zestawie książek przedstawionych na tej survivalowej stronie znajdziecie spis treści - wiele mówi o zawartości, a także... o Waszych możliwościach czytelniczych i poznawczych.


ROCZNICA DESANTU

[21.09.2008.]

Dziś jest rocznica desantu 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego w Driel pod Arnhem.

poczytaj więcej


WIERSZ - HASŁO SURVIVALOWCÓW

[21.09.2008.]

Znalazłem gdzieś wiersz Mariana Jachimowicza "Pomyśl". Zapisałem go sobie, aby móc do niego wrócić - dla siebie, albo dla kogoś...

Dziś go znów przeczytałem i uznałem: "Toż to znakomita myśl przewodnia dla kogoś, kto zamierza myśleć survivalowo!"

Pomyśl siebie
Stań się
na nowo

Bezrozumnych
zmyślają inni


STAŁO SIĘ

[19.09.2008.]

A to oznacza, że po wielu latach spotkałem się z człowiekiem, z którym widziałem się około 26 lat temu i który odnalazł mnie w portalu Nasza Klasa...

W styczniu 2008 dostałem taki oto list (cytuję fragmenty):

Witam serdecznie Panie Krzysiu.
W 1982 w Jedlni-letnisko pod Radomiem był Pan wychowawcą na kolonii. Właśnie mam w ręku wspólne zdjęcie i Pana dedykację na odwrocie, dzięki której odnalazłem Pana. Ta kolonia to do tej pory jedna z najmilej wspominanych przygód mojego życia. To na niej "zaraził" mnie Pan miłością do muzyki w stylu AC/DC, Pink Floyd, Led Zeppelin. Do dziś pamiętam te sterty kaset ułożone w specjalnych panelach na ścianie, które puszczał Pan na przenośnym magnetofonie. Miałem wtedy 12 lat. Wspaniałe również były nocne wyprawy do lasu wyreżyserowane przez Pana tak, że do dziś pamiętam ten dreszczyk emocji. Z pewnością były to najwspanialsze wakacje mojego dzieciństwa i to w dużej mierze dzięki Panu. Wielkie Dzięki za to. Dzisiaj mam 38 lat, jestem żonaty i od 20 lat gram w zespole IRA na perkusji (...) Serdecznie pozdrawiam.

Ja i Wojtek Owczarek po prawej, 1982 r Wojtek Owczarek jako perkusista IRA

Wczoraj byłem na kameralnym koncercie zespołu IRA w łódzkim Lizard King. Mieliśmy okazję uściskać się niemal jak Odys z Telemachem, i pogadaliśmy jak starzy. No cóż... okazuje się, że miałem niejaki wpływ na powstanie jednego z ważniejszych zespołów rockowych w Polsce... :)

Wojtek w pracy


SZTUKA PODRÓŻOWANIA

[02.09.2008.]

Już od pewnego czasu jest do nabycia najnowsza książka Jacka Pałkiewicza "Sztuka podróżowania". Książka jest nie tylko całkiem interesującym poradnikiem związanym z podróżami, ale też bogatym zbiorem opowieści o dawnych i współczesnych podróżnikach, a także o własnych doświadczeniach w tej dziedzinie. Muszę przyznać, że dawno nie czytało mi się tak pasjonującej książki o tej tematyce. Moi złośliwi przyjaciele twierdzą, że piszę to z powodu, że Jacek wspomina mnie w jednym miejscu swej książki. Jak by nie było - musiałem się tym pochwalić, bo gdybym tego nie zrobił, zawiódłbym ich oczekiwania.

SZtuka podróżowania


WYWIAD Z ANDRZEJEM MUSZYŃSKIM
kierownikiem wyprawy MINKEBE EXPEDITION 2008

[30.08.2008.]

Minkebe expedition 2008
sponsorzy / patroni / partnerzy / relacja / wywiad


WSTYD, MOI DRODZY!

[15.11.2006.] [24.07.2008.]

Mowa krótka: już od długiego czasu jesteście proszeni - Moi Drodzy Internauci - o włączenie się do tworzenia tej strony. Wasz udział jest mizerny, a w każdym razie na giełdę z tym nie wejdziecie.

Myślę, że książki czytacie, a już na pewno oglądacie filmy. Od dawna istnieje tu zbiór polecanych książek i filmów, które bądź dotyczą survivalu, bądź zawierają istotne informacje wartościowe dla survivalu, bądź też ukazują rzeczy całkowicie asurvivalowe. Czy nie znajdzie się nikt, kto zechce podzielić się własnym zdaniem, napisać recenzję, nawet króciutką? Choćby tycią?


Audycja w TOK FM

[23.07.2008.]

Oto świeża bułeczka: rozmowa z Kriskiem z anteny radia Tok FM: posłuchaj [mp3 20MB]

Kupcie też "Zbrojną Polskę" z datą 27 lipca - tam też znajdziecie jego gadanie... ;)

Monter


Wakacje i krwiodawstwo

[10.07.2008.]

Tak na marginesie: wakacje to taki beztroski okres odpoczynku i relaksu, niestety zdarzają się wypadki, zwykle tak bywa, że w wakacje właśnie nakładają się na siebie dwa zjawiska:

Oczywiście dawcy krwi zasługują na urlopy, wesprzyjmy ich w ratowaniu życia.
Zresztą, co ja się będę sam produkował: zobaczcie sami jak można pomóc na stronach "krewniaków".

Monter


KRISEK wędruje...
monter har(c)uje :-D

[08.07.2008.]

Garść plot
(pewnie mi się po uszach dostanie za formę
ale Krisek sam sobie winien, że go do lasu znów wywiało i nie pilnuje):

Monter


U PETKA NA OBOZIE

[07.07.2008.]

Krzysztof Petek - jak co roku - zaprosił mnie na swój obóz, abym opowiedział coś survivalowego, tudzież przeprowadził jakieś szkolenie. Tym razem miałem okazję obejrzeć okolice Olsztynka na Warmii.

Oprócz mnie gośćmi petkowego obozu byli Martyna Majda (moja survivalowa gwiazda) oraz Jasiek Mela (gwiazda obu biegunów Ziemi). Jednym z ważnych tematów wspólnie poprowadzonego spotkania było ratownictwo. Nie da się ukryć - wszyscy powiedzieliśmy jedno: trzeba działać! Trzeba mieć w sobie ten ogień do działania, gotowość niesienia pomocy, bez oglądania się na cokolwiek. Nawet w opowiadaniu porażała postawa, którą opisał Krzysztof. Miał okazję zaobserwować ją w sytuacji, kiedy sam przystępował do ratowania rannych w wypadku. Elegancko ubrani biznesmeni odmówili pomocy, gdyż obawiali się zabrudzić...

Goście rozpalają ognisko

JEDNĄ ZAPAŁKĄ... Twarz Krzyśka Petka w prawym górnym rogu...


KATASTROFA TUNGUSKA

[29.06.2008.]

Już jutro - a więc 30 czerwca - minie setna rocznica upadku meteorytu tunguskiego. Zdarzenie to miało być pretekstem do wyprawy w te miejsca. Podczas ekspedycji zaplanowano eksperyment resocjalizacyjny, czyli wędrowanie wraz z "trudną młodzieżą", młodzieżą w rozmaity sposób niedostosowaną, przez dziką i bezludną tajgę.

Projekt upadł na skutek inercji instytucji państwowych - wszystkich, które nie potrafią pomysłów zrozumieć i rozwinąć, problemów rozwiązać, ale swoimi własnymi bolączkami umieją zatruć życie innym (patrz: wpis poniżej z 25 maja).

Ponieważ pomysł jest wciąż w moim polu zainteresowania oraz ma poparcie instutucji naukowych i sponsorów - informuję, że do sprawy wracam za rok. W tym wypadku jednak nie będę już związany z polską Oświatą (i przez nią blokowany). Stąd oferta dla rodziców, a właściwie ich dzieci (w wieku 12-17 lat i mieszczących się w grupie osób nadających się do resocjalizacji) wzięcia udziału w ekspedycji. Dobór odbędzie się na zasadzie castingu... charakteru.

Przyjęte kryteria odnoszą się do projektowanego OSOBISTEGO SUKCESU młodych ludzi. Ze względu na niewielką ilość miejsc (6-8)pojadą ci, których potencjał charakterologiczny pozwoli wykorzystać projekt dla własnego rozwoju. Innymi słowy: nie stać nas wszystkich na marnowanie korzyści płynących z warunków ekspedycji.

Konkrety - z końcem lata...


KONFERENCJA NAUKOWA

[16.06.2008.]

14 czerwca odbyła się, pierwsza taka w Polsce, ogólnopolska konferencja naukowo-metodyczna "Surwiwal w teorii i praktyce", a organizatorem była Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa im. Papieża Jana Pawła II w Białej Podlaskiej.

Wymiana myśli pokazała, że sztuka przetrwania jest wciąż dziedziną niedookreśloną. Wbrew pozorom nie chodzi o to, że "coś nie ma prawa istnieć, jeśli nie zostanie nazwane". Dyskusji nie podlega bowiem indywidualnie uprawiany survival. Chodzi o rozmijanie się w survivalowych ofertach i oczekiwaniach w układzie uczelnia-przyszły_instruktor, instruktor-trenujący, firma-klient. Obecne prawo nie przewiduje uznania survivalu jako elementu wychowania powszechnego, ani nie pozwala na nadanie instruktorom odpowiednich uprawnień. Nie wiadomo też jakim doświadczeniem taki ktoś powinien dysponować. Wymianie poglądów sprzyjała nadzwyczajna gościnność gospodarzy.

Jedną z decyzji było postanowienie zorganizowania kolejnej konferencji uwzględniającej obecność kadry naukowej i doświadczonych praktyków.


ZJAWISKO NATURY OGÓLNEJ

[25.05.2008.]

Piszę te słowa "z pewną taką goryczą"...
W kształtowaniu drogi mego życia dominowało zawsze przekonanie, że trzeba przeżyć je z sensem, nie będąc zanadto uwierającym dla innych, ale by nie siedzieć cicho w kącie bez własnego zdania. Dorobiłem się pozycji człowieka po pięćdziesiątce, który nabył dystansu do ludzi i zdarzeń.

Dystans nie czyni automatycznie niewrażliwym i bezmyślnym. Stąd moja gorycz...

W miejscu, w którym pracuję od ponad 20 lat, na kształt którego mogłem wpłynąć swymi koncepcjami i działaniem - w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym - pojawiła się nowa władza. Nowa władza miała mało doświadczenia jeśli chodzi o pracę z młodzieżą, ale ukazała tzw. dobrą wolę... i praca ruszyła. Było nam tak dobrze, że porządnie pracować zaczęli nawet ci, którzy w zasadzie wielkiej smykałki do roboty nie mieli.

Problem pokazał się natomiast gdzie indziej. Energia do działania była, ale potencjał nie został wykorzystany. Na barykadzie nie pojawił się wódz i nie wskazał ani kierunku działań, ani ich nie skoordynował. Kazał działać. Jedynie!

No i powstały te nieszczęsne procedury. Na wszystko. Zapewne - procedury starają się uporządkować działania i wskazać te najważniejsze. Są one jednak najczęściej traktowane jako system ochronny dla własnych poczynań, gdyby ktoś miał mieć pretensje. W wychowaniu stosowanie procedur, zwłaszcza tych, które wymagają tworzyć protokoły opisujące i wyjaśniające zdarzenia, czyni kontakt pedagogiczny kalekim, a co najmniej jałowym.

Bo też życie pokazuje rzecz następującą - procedury często zastępują myślenie. Dlatego są pożądane przez osoby bezmyślne, wymagające cudzego pokierowania, tudzież nie znające się na rzeczy, a w sumie potrzebujące płaszcza ochronnego (inaczej mówiąc - "dupochronu").

Kiedy chłopcy, mający ochotę na survivalowe zabawy, zaczynają z ożywieniem dyskutować nad swoimi umiejętnościami posługiwania się nożem oraz rozpalania ognia, kiedy z zapałem wymieniają wszelkie zalety takiego a nie innego noża, kiedy tworzą kolejne kreacje rozpałek i podpałek - mówię im, że życie wymyśli im tysiące scenariuszy walki o przetrwanie, w których nie wystąpią ani ogień, ani nóż. Mówię, że należy widzieć całość (świat i siebie), a nie tylko mały wycinek. Nastolatkowie, zwłaszcza ci, którym bardzo brakuje pewności siebie (a na pewno chodzi mi o "wiarę w siebie" ani o "tupet" - nastolatkowie to łatwo mylą) - chowają się za jakąś swoją specjalizacją, za jakimś małym pomysłem, który promują do rangi "najważniejszej w świecie".

Niestety, leniwi w myśleniu dorośli, sami im w tym pomagają - dla własnej wygody.

A nasza dyrekcja już u nas nie pracuje. Poległa w gąszczu spraw niezrozumianych i w niemocy zrozumienia innych ludzi. Poległa walcząc nieczysto, udając lub sugerując, że mylenie się - to domena wyłącznie innych ludzi. Nasze pedagogiczne poletko zostało dyrektorskimi bojami zdewastowane. A w efekcie...? Nie będzie w tym roku żadnej wyprawy - ani na Syberię, ani na Ukrainę. Nie będzie męskiego sprawdzianu, ani szlifowania charakterów. Babski charakter wygrał.

PS. Jak kto chce, niech sobie zamieni słowo "babski" na "dziadowski", bo powyższe słowa nie mają absolutnie nie odnoszą się do "walki płci"...


W ZWIĄZKU Z PYTANIAMI
O LATO W BIESZCZADACH

[18.05.2008.]

Letnie bytowanie w ramach survivalowego szkolenia odbędzie się od 12 sierpnia i będzie trwało 2 tygodnie. Sprawdźcie na wszelki wypadek informacje w opisie działalności Kriska


DAWCOM W DARZE...

[22.04.2008.]

W roku 2007 rozpoczela sie Akcja DAWCOM W DARZE, uczestniczace w niej obiekty udzielaja 20% rabatu noclegowego Honorowym Dawcom Krwi. W tym roku, na progu nowego sezonu turystycznego, do Akcji dolaczyli kolejni. Obecnie w Akcji DAWCOM W DARZE udzial biora:

Rabat przyznawany jest na podstawie legitymacji Honorowego Dawcy Krwi, pod warunkiem, ze ostatnie pobranie mialo miejsce nie dawniej niz przed rokiem.
Mamy nadzieje, ze nastepne obiekty pojda tym sladem...
Koordynatorem Akcji jest Kuba Terakowski , tel. 603 305 401, e.mail:terakowski[at]tlen.pl

Dokladne informacje o Akcji znajduja sie na stronie: www.dawcom.wierch.pl.


SZUKAM SPONSORA / -ÓW

[10.10.2007.]

To nie żart, ani żebractwo... 'Wyprawa Tunguska 2008' dla zrealizowania programu - zwłaszcza w strefie resocjalizacji - potrzebuje sponsora. Solidnego i świadomego o co chodzi.

Przeczytajcie PDF
posłuchajcie 1 (MP3)
posłuchajcie 2 (MP3)

I pomóżcie!

PS. W sprzedaży jest już nowa książka Jacka Pałkiewicza "Anghor" i jest to raczej album fotograficzny.


MAIL, PO PROSTU - MAIL

[08.10.2007.]


Jest pozno, ale czytam Pana strone o survivalu
(ksiazka niebawem zajmie rowniez miejsce na polce obok innych :)).
Chcialbym pogratulowac super strony
(choc nie wiem czy slowo "super" dokladnie odzwierciedli to, co mam na mysli).
To strona, ktora oddaje sens "Survivalu" - a moze survivalu-do?
Swietnie jest czytac slowa, mysli kogos, kto tak jak i ty sam,
obejdzie drzewo, zeby nie zerwac pajeczyny,
odczeka 30 minut w bezruchu, by nasycic oczy
przechodzaca zwierzyna i jednoczesnie nie sploszyc jej.
A co najlepsze - nie ma tam gadzeciarstwa,
ktore dzis jest wszechobecne na wszelkiego rodzaju forach, itp.

W sumie w tym liscie chcialem pogratulowac strony,
a pisze bo... heh... bylo do tego napisania na stronce zaproszenie.
Fajnie poznac - chocby przes tekst pisany -
kogos, kto rozumie, o co "nam" chodzi.

PS. Do zobaczenia na szlaku,
moze spotkamy sie przypadkowo spojrzymy sobie w oczy,
zrozumiemy sie bez slow i - z delikatnie rysujacym sie zyczliwym usmiechem - miniemy sie...
Kto wie: swiat jest malutki, a moze ktorys z nas
obejrzy sie przez ramie i zagada?
heh... pozdrawiam - "Bingo"

Tak po prostu - dziękuję... Ten krótki mail jakoś podsumował myśl, którą staram się przekazać na tej stronie tak wieloma słowami. Że survival to jest spokojny, nieegzaltowany szacunek dla Natury - bez masy użytecznych przedmiotów, ale z pajęczyną w tle.

Istnieją ludzie, którzy zauważają, że pajęczyna to cudza własność. Dziwnie to brzmi... Zwłaszcza, gdy człowiek zapisane słowa: "...i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios i nad wszelkimi zwierzętami, które poruszają się po ziemi" zinterpretował sobie jako pozwolenie na zadeptywanie planety wraz z jej życiem...

Autor zauważył także, że survival jest wspólnotowy: dla poczucia bliskości pomiędzy ludźmi. Wspólnotą z założenia wyodrębniającą się od "innych" zajmują się u nas politycy i kibole...


SURVIVAL Z MUSU ''

[04.10.2007.]

Tekst zamieszczony poniżej otrzymaliśmy drogą mailową. Odpowiada on na pytanie czym survival jest i do czego jest przydatny. Celnie odpowiada...


Przeczytałem ten artykuł ("Survival z musu")
z największą ciekawością, większą niż pozostałe.
Zapytacie dlaczego?

"Sztuka przetrwania" to fajna zabawa.
Trochę się w to bawiłem i nadal się tym fascynuję,
ale nie dla biegania po lesie w ciapkowanych portkach, choć i to mi nieobce.
Prawdziwy survival przeszedłem w pracy - 27 lat pracy pod ziemią,
na głębokościach powyżej 1000 m, gdzie tlenu jest tylko 19%.
Temperatury, zapylenie, gazy i wszystko inne, co chce cię zabić -
zmuszają człowieka do innego myślenia.
Odpowiadałem za życie ludzi i często hobbystyczne zamiłowanie do survivalu
przelewałem na szkolenie swoich górników.
Spróbuj opracować szkolenie 'jak przetrwać w zasypanym chodniku bez światła,
wody, jedzenia, tlenu
' - wiesz co się wtedy dzieje w ludzkiej głowie???

Ale przyszedł czas i na mnie:
źle pomyślany kredyt, potem takie same kłopoty - płacz żony, brak pieniędy,
zwariowane prawo w naszym kraju, licytacja i wreszcie myśli samobójcze.
Przyszedł moment kiedy trzeba było się zmierzyć z własną psychiką,
usiąść i spokojnie pomyśleć nad sobą, systemem wartości, rodziną.

Sztuka przetrwania to coś, co pozwala na reflekcję i przebudowę własnego świata tak,
by dalej egzystować i żyć. I tak naprawdę nieważne jak i gdzie
i na jakim poziomie - ważne by przeżyć.
Pieniądze? Firma? To bzdety!
Ważny jest uśmiech dziecka, słoneczko nad głową i przytulona do ciebie żona.
Walczyłem o to 5 lat z komornikiem i bankiem i wiecie co - wygrałem!!!

Warto było poświęcić trochę czasu na czytanie i fascynację survivalem
a zwłaszcza jego psychologią.
Bo strój czy miejsce to tylko dodatek.
Podziemia kopalni czy sala sądowa potrafią być o wiele gorsze
niż puszcza Amazonii - wierzcie mi.

Pozdrawiam
"astroleo" (wyrażam zgodę na publikację)

moje strony internetowe:
"Sekcja łucznicza" oraz strona domowa.


NOWY ROK SZKOLNY

[03.09.2007.]

Zaczyna się znów szkoła... Pamiętam własne podniecenie na to, że spotka się kolegów po dwóch miesiącach niewidzenia. A ile będzie wówczas opowiadania?! Pamiętam to oglądanie nowych podręczników, ile jest w nich fotografii i rysunków. Wąchałem pachnący świeżością papier. No i dostawało się zupełnie nowy fartuszek szkolny (poprzedniego człowiek już by się wstydził, bo łokcie już się przecierały, a do tego ręce coś się zrobiły za długie). I jeszcze kredki! Pachniały szególnie...

Od 2004 roku wciąż mam ciężar na piersi... W przeddzień nowego roku szkolnego przewieźliśmy młodego Jakuta z Tomtoru do Jakucka, gdzie była jego szkoła. Jadąc w samochodowym rajdzie TRANSSYBERIA musieliśmy przebyć spory odcinek trasy barką po Ałdanie. Przewoźnicy nie zabierali ludzi spieszonych. Musieli więc szukać kierowcy, który podejmie się opieki nad nimi. W końcu to były klimaty Syberii i Zabajkala.

Byliśmy zadowoleni z dobrego uczynku. Zawieźliśmy chłopca do szkoły. Wyobrażaliśmy sobie jak to może wyglądać rozpoczęcie roku w Jakucji. Każdy z nas wspominał swoje takie chwile... A potem nasz nastrój gruchnął z impetem o twardą ziemię...

Wraz z początkiem roku szkolnego 2004 pędząc drogą słuchaliśmy komunikatów z Biesłanu...


SURVIVAL - MODUS VIVENDI

[10.08.2007.]   [11.08.2007.]

Nie po raz pierwszy próbuję przekonać, że sztuka przetrwania ma niejedno oblicze. Gra karciana nazywana brydżem nadaje się do niedzielnego spędzenia czasu - po amatorsku i bez zobowiązań, ale też jest międzynarodowym sportem, a bywa też przedmiotem naukowych rozważań. Zazwyczaj okazuje się, że ludzie wolą trwać w przywiązaniu do swoich "12 Najważniejszych i Zarazem Jedynych Poglądów", niż pozwolić sobie na poszerzenie światopoglądu o kolejnych 12, i jeszcze o następne ileśtam...

W duuużym uproszczeniu powiem, że survival można podzielić na ów będący chwilową przygodą i rekreacją (dający proporcjonalnie więcej satysfakcji niż wiedzy i umiejętności) oraz na ten, który mało ma wspólnego z gromadzeniem adrenalinowych przeżyć, ale za to wzbogaca na całe życie. Tym drugim zajmuję się sam. Czasem udaje mi się skusić doń innych ludzi. Mam co do nich przynajmniej to przekonanie, że przenigdy nie udadzą się na Orlą Perć w klapkach.

Zastanawiające, że kiedy moje survivalowe poglądy stara się przedstawiać ktoś, kto o survivalu tylko słyszał potoczne teksty, stara się on ułożyć moje słowa na kształt miłych, lekkich rekreacyjnych bajdurzeń o jedzeniu mrówek - i do tego survival ma się sprowadzać. Czy już ma tak być, że sztuka przetrwania ma pozostać wyłącznie prostacką, choć burzliwą zabawą jak skok na bungie?

Czy to takie złe, że survival stosowany w życiu "na poważnie" oznacza RATOWNICTWO?

Czy może lepiej jest pozostawać w infantylnym świecie zabawek dla dorosłych?


Tak się trochę rozkleiłem, gdyż w wydaniu specjalnym do szlachetnego magazynu National Geographic o tytule Traveler (nr 4/2007) ukazał się tekst o survivalu podpisany moim nazwiskiem. Owszem, parę linijek mego tekstu tam jest. Trudno jednak, bym chciał się podpisywać pod myślami, które nie są moimi. Nie zajmuję się propagowaniem survivalu jako pomysłu na odstresowanie po rozmowie z szefem. Odcinam się również od działalności firm outdoorowych, które jakieś brykania na łonie przyrody od razu nazywają survivalem.

Moim podstawowym zamiarem jest pokazywanie sztuki przetrwania jako ścieżki samorozwoju. Nie chcę odbierać nikomu przyjemności zabawy w survival od czasu do czasu, ale też nie chcę nikogo łudzić, że ukończenie czegoś, co nazwano 'kursem' lub 'szkoleniem' czyni kogokolwiek traperem nad trapery. "Szkoła przetrwania" może być jedynie otwarciem furtki do dalszych nauk. I wolałbym, aby nikt nie przekonywał w moim imieniu, że istnieje "pigułka szczęścia w szkole przetrwania". W rzeczywistości survivalowe nauki bardziej przypominają żmudny trening, niż przygodę z adrenaliną w tle. Nawet posługujemy się (w swoim gronie) pojęciem "adrenalinal" na określenie zabaw mamiących ludzi naiwnych, że "to jest TO".

Myślę, że ludziom mądrym nie ma potrzeby osładzać czy pudrować wizji survivalu. Pozostałym - nie proponowałbym tego nawet, bo go głupio nadużyją, jak już wiele razy się to zdarzało. Potrafimy w podróżniczych magazynach mówić o tropikalnych chorobach, o zagrożeniach w krajach dużych dysproporcji społecznych, wiemy jak tłumaczyć wędrowcom o zabłądzeniu, odwodnieniu, przegrzaniu i wycieńczeniu... No właśnie - mówmy o survivalu jako o wspaniałej wiedzy dającej możliwość późniejszego sięgania po podróżnicze trofea.

Idąc na kompromis: lepiej może mówić o stosowaniu elementów sztuki przetrwania w wychowaniu, terapii lub treningu integracyjnym. A radość z survivalu może pojawiać się - jak zawsze wtedy, kiedy czujemy, że robimy coś z sensem.


CO SIĘ DZIEJE...?

[09.08.2007.]

Jestem, a właściwie mnie nie ma. Bo skoro tylko zaczęły się wakacje, to już mnie wywiało z mego domu. Zostawiłem masę spraw niedokończonych, wielu ludzi spragnionych kontaktu i czekających na wieści ode mnie. Niedługo wrócę i wszystko odrobię. Piszę korzystając z laptopa i połączenia komórkowego - postęp.

Tegoroczne bieszczadzkie bytowania pojawią się wkrótce w postaci opisowej oraz jako zbiór fotek - możecie na to liczyć. Miesiąc w dziczy (tuż obok niedźwiedzicy z młodym!) to niezła przygoda. I w doborowym towarzystwie. Spodziewam się, że i moi młodzi przyjaciele napiszą parę słów o swych wrażeniach.

Teraz losy rzuciły mnie do Krynicy-Zdroju. Nie przyjeżdżajcie tutaj. Chyba, że lubicie tandetę (bo ku temu ten kurort zmierza) oraz ryk muzyki jakiegoś zespoliku, który gra dlatego dobrze, bo głośno. Jeżdżę za to po Beskidzie Niskim i dziwuję się naszej przyrodzie. Zajrzałem do Szymbarku - gdzie ma się odbyć 3-dniowy warsztat survivalowy (24-26 sierpnia), na którym mają być survivalowe sławy. Podjechałem też do Gładyszowa, do którego nie wróci już Mirek Nahacz. Czytaliście Jego książki?

Jakiś rok temu opowiedziałem Mu historię jabłonki w zniszczonej połemkowskiej wsi w Bieszczadach - tam, gdzie mam co roku swój obóz - jak to czekała ze swoimi kwaśnymi i malutkimi owocami aż znowu dotkną je ludzkie ręce. I tak zrywaliśmy je co roku na kompot, który trzeba było mocno słodzić. A ona co roku dawała coraz słodsze jabłka. Aż wreszcie ugościła nas wspaniałym i słodziutkim owocem, na jaki było ją stać. Następnego roku... uschła. Pożegnała się po swojemu z człowiekiem.

Mirek był mi wdzięczny za tę historię. W końcu sam był Łemkiem. Ta łemkowska krew była u Niego pobudzona przez babkę i jej opowieści, jak mówił. Nawet uronił łzę... Nad jabłonią i jej spełnieniem.

Tak chciałem Mu powiedzieć, że w tym roku jabłonka puściła nowe pędy. Ale nie zdążyłem...


WIOSENNA SELEKCJA - uwag kilka

[2.06.2007.]

Otrzymaliśmy korespondencję na temat notatki sprzed dwóch lat, ale na jakżeż aktualny temat: WIOSENNA SELEKCJA (o rozsądku za kierownicą).

(bardzo aktualny temat, zapomnienie o włączeniu świateł jest kosztowne - 100 pln - Monter)


GIERTYCHOWE LEKTURY

[2.06.2007.]

Z braku czasu - krótko...

Sprawa jest w sumie prosta: wypowiedź ministra Giertycha - słyszałem na własne uszy - określa iż Sienkiewicz musi wypaść z kanonu lektur szkolnych z tego powodu, iż nie może być tak, że będzie używane hasło, że jak Kali ukraść krowę to dobrze, a jak kto inny, to źle.

Znawcy problemu zauważą tu diagnostyczny symptom świadczący, że minister rozumuje dosłownie. Wypowiedź wskazuje jednoznacznie, że nie występują tu:

Te style myślenia nie są odrębne, lecz wzajemnie się przenikają. Ich rozwój u człowieka zaczyna się kształtować około 5-6 klasy. Przeciwieństwem jest myślenie konkretne. A także - śmiertelnie poważne...


SURVIVALOWE STRATEGIE

[20.05.2007.]

Już dawno zauważyłem, że im mniej mamy do dyspozycji inteligencji oraz pewnej swobody w łączeniu posiadanych danych w czytelną całość, tym bardziej koncentrujemy się na "przesuwanie puzzli". Co to znaczy?

Wśród survivalowców istnieją ludzie, którzy jak mantrę powtarzają liczby i symbole oznaczające parametry: materiału oraz kształtu noży, odporności namiotów na wodę oraz siłę wiatru, profili saperek, światłości latarek, ścieralności podeszew, składu chemicznego liofilizatów... Jest tego i na metry i na kilogramy. I tak nie wynika z tego nic poza oszołomieniem osoby słuchającej. Mieszanie puzzli.

Recytacja artykułów i paragrafów nie oznacza nic, jeśli nie potrafi się zastosować ich dla wspólnego dobra. Survivalowiec od DX50-2, różnych RDV 55F, wszelakich s-200030/2 v. 2,5, jak również VVV5x w odmianach dolnych, górnych i pośrednich, a także od wszystkiego, co jest etatowym spisem półgłówka (nie dotyczy to magazynierów) - gdy stanie przed sytuacją ekstremalną, jest jak pluszowy zajączek bez baterii. Dlaczego? Bo... trzeba wiedzieć: DLACZEGO?

Czyż nie identycznie jest z politykami i działaczami? Międlą w mózgach i dysputach bity informacji pobranych z magazynów minionych czasów i dla słuchaczy ma z tego wynikać, że znają się na rzeczy. Lustracje, teczki, geje, władza, aborcje, interesy partyjne - zbiór puzzli, z których podobno kiedyś ma coś być. W sytuacji ekstremalnej - nie do przetrwania. DLATEGO. Wierzcie mi!

Czemu więc to robią? Bo całkowicie nie są w stanie wziąć się za przyszłość, gdyż nie starcza im inteligencji i swobody w łączeniu posiadanych danych w czytelną całość. Logika działań, brak sensu poczynań, brak zrozumienia racji stanu - wszystko o tym świadczy. Przesuwanie puzzli pozwala im wierzyć, że coś robią.

Uśmiechnijcie się - w końcu przecież jest KTOŚ, kto czuwa nad nami...


DRODZY MOI - OBOZOWO...

[16.05.2007.]

Nie łudźmy się... Miejsca na tegoroczne obozy są już obsadzone. Można jedynie liczyć, że ktoś się nagle wycofa (w zeszłym roku Jędrek miał szczęście i załapał się na obóz 3 dni przed wyjazdem). Teraz wypada czekać do następnego roku.

Odpowiadam na szczególne pytania o charakter obozu:


ROZMOWA Z DZIEĆMI

[12.05.2007.]

Właśnie słucham jednym uchem niedzielnej porannej audycji radiowej Trójki. Pani prowadząca wiedzie z emfazą telefoniczne rozmowy z dziećmi. Tematem są wilki.

Cóż, interesujący temat. Zwłaszcza dla survivalowca lubiącego błądzić po lasach i podskórnie czującego obecność tych psowatych. Albo dla kogoś, kto sam ma się za typ "samotnego wilka".

Nastawiłem ucha. Wyglądało to tak, jak to przez telefon:

Tu zacząłem się zastanawiać, czy Pani nie oczekuje odpowiedzi, że w morzach, ale dziecko jakoś sobie poradziło...

Jak w życiu, jak w życiu...


PUSTYNNA BURZA 2007

[03.05.2007.]

Już za nami ta impreza terenowa organizowana od lat i co roku przez szczep ZHP z Dąbrowy Górniczej - "Czarna Piątka"

Wkrótce obszerniejsza relacja. Tymczasem dodam, że pojawiłem się na imprezie po pięciu latach nieobecności i... było mi tak samo miło, jak poprzednio. Z tego miejsca pozdrawiam serdecznie Organizatorów i Uczestników!

Zdjęcie pożegnalne


BIESZCZADZKIE LETNIE NAUKI CD.

[06.04.2007.]

Będziemy mieszać w bieszczadzkiej dziczy, z dala od ludzi, w środku gór, w lesie. Mamy wszelkie zgody nadleśnictwa i straży granicznej. Ze względu na pobyt w strefie granicznej, muszę mieć oświadczenie rodziców, że jestem w okresie od... do... opiekunem.

Obóz pierwszy ustawiony jest dla ludzi mniej doświadczonych i zaczyna się 1 lipca i kończy 14 lipca.
Drugi - dla doswiadczeńszych - od 16 lipca do 29 lipca.

Ponieważ bywa tak, że ludzie nawalają - najpierw mówią, że jadą, a potem to odwołują - jeśli liczba potwierdzających akces zmniejszy się do 12, wówczas odbędzie się tylko obóz pierwszy. Chyba, że w parę osób zrobimy malutki obozik wg zupełnie innych ustaleń.

Jeśli ktoś wyjeżdża z nami po raz pierwszy - płaci 2000. Jeśli jest to drugi wyjazd - 1500. Jeśli trzeci - 1000. Jeśli się ktoś rozwija i potrafi być pomocnym asystentem - płaci tylko za swój przejazd w obie strony.

Każdy musi mieć swoje:

Wszyscy są ubezpieczeni wg listy na najwyższą kwotę. Każdy musi mieć legitymację i oświadczenie rodziców, że zdrowotnie nie ma żadnych przeciwskazań do zajęć ruchowych oraz wędrowania. Jeśli ma jakąś przypadłość, wówczas musi mi ją w tym oświadczeniu przedstawić, abym wiedział, co się może zdarzyć i co robić. Jestem instruktorem ratownictwa przedmedycznego, zaś dwaj moi główni asystenci zdali egzamin ratowniczy.

Jeśli potrzebne będą referencje - podam telefony do osób, które wysyłają ze mną swe dzieci od paru lat (są to znajomi, sąsiedzi, bądź rodzina - pisałem, że jest to wyjazd prywatny).

Od osób wyjeżdżających bezwzględnie wymagam rzetelnego i samodzielnego samoopisu (dotyczącego charakteru, kontaktów z innymi, zainteresowań). Na moich obozach nie ma kłótni, alkoholizowania się, narkotyków, wulgaryzmów, mp3 i discmanów oraz telefonów komórkowych. Kontakt z rodziną możliwy:

Konkrety podam w korespondencji osobistej.


21:37

[02.04.2007.]


NOWE NADZIEJE I NOWA KSIĄŻKA

[07.03.2007.]   [09.03.2007.]

"Młodym Niepoprawnym" przypominam kim jest Jacek Pałkiewicz. Ten słynny w świecie polski podróżnik, którego stronę www.palkiewicz.com warto obejrzeć, stał się niegdyś natchnieniem dla wielu survivalowców. Pragnę również utrzec nosa tym wszystkim, którzy sądzą, że wiara w bluzę polarową kosztem bawełnianej (lub odwrotnie) jest mało ważna wobec wiary w psychikę i wiedzę człowieka. Piszę to, gdyż uważam z całego serca, że survival nie polega na obkładaniu się sprzętem.

Spotkanie z Jackiem Pałkiewiczem odbyło się w XXI LO w Łodzi. Zdarzenie było brzemienne w deklaracje, gdyż Dyrektor liceum zasygnalizował wagę turystyki kwalifikowanej oraz obozów sztuki przetrwania w wychowaniu młodzieży, zaś Jacek Pałkiewicz zainteresował się obecnymi problemami polskiej oświaty i postanowił spotkać się z premierem Giertychem tłumacząc mu to i owo. Ponieważ obozy przetrwania mogą być faktycznie znacząco skuteczniejsze od "specjalnych szkół dla specjalnej młodzieży" - wydarzenia będę śledzić z zaciekawieniem. Zastanawiam się jednak nad ewentualnym przyszłym problemem, że się okaże, iż powierzono organizację przedsięwzięcia przedszkolankom (bez urazy) lub inseminatorom (bez urazy), ale za to z Ważnej Partii...

Dyrektorski gabinet Pełna sala Słuchanie z zaciekawieniem Opowieść

Drugie spotkanie odbyło się w łódzkiej Manufakturze, w EMPiKu, tego samego dnia. Tu można było zobaczyć na sali młodzież oddającą się z własnej woli survivalowi oraz tę, której sztuka przetrwania powinna pomóc. Pani z Radia Eska pardzo zręcznie i miło poprowadziła rozmowę - okazało się, że pan Jacek nie podziewał się nawet, że jego działalność spowodowała pojawianie się kolejnych pokoleń survivalowców...

Tymczasem coś się jednak robi... Na nasze spotkania i wyprawy, nawet krótkie, zjeżdżają moi przyjaciele z Bełchatowa (Martyna), Koluszek (Kęsik), Skierniewic (Fredi) i nie uważają tego za stratę czasu. Zaś chłopcy, wychowankowie ośrodka wychowawczego, wykazują ogromne zainteresowanie tego rodzaju poczynaniom, a poza tym wcale nie są tacy "trudni", za jakich chce się ich uważać.

Wywiad Zasłuchani Moi podopieczni Bartek bierze autograf Sami Swoi

Najważniejszym wydarzeniem było pojawienie się nowej książki Pałkiewicza - "Syberia. Wyprawa na biegun zimna". Książka umieszczona jest już na naszej liście książek.


Konkretne informacje o zabraniu kogoś na obóz będę mógł dawać dopiero od połowy marca. Kandydatów jest bardzo dużo i w związku z tym będę stosował priorytety:

Zazwyczaj osoby wspólnie jeżdżące w Bieszczady w nasze tajemne miejsce w środku kniei wybierają się także na inne dwu-trzy-dniowe wyprawy w innych porach roku.

Ów "drugi wyjazd", za który się płaci mniej, to najzwyczajniej ponowne wyjechanie z . Tylko za pierwszym razem płaci się więcej, gdyż jest to inwestycja w nowe sprzęty. Uświadamiam też, że nasz wyjazd ma charakter prywatny.

Ponad 20-letnie wyjeżdżanie w Bieszczady pozwala nam buszować po górach i lasach na dziko, poza trasami, gdyż mamy na to wszelkie potrzebne zgody. Dlatego też wolno nam wjeżdżać land-roverem do lasu, biwakować w dowolnym miejscu (poza obszarem będącym pod ochroną), palić ogień i budować szałasy.


JAREK

[03.08.2006.]

Leszek, porucznik i Jarek


DZIEŃ DZIECKA

[01.06.2006.]

"Dużo mamy bezpańskich dzieci. Niektóre mieszkają stale ze swymi rodzicami"


2 kwietnia 2006

[02.04.2006.]

Rok temu, przez dwie kolejne noce przyszło mi pełnić swe obowiązki w moim miejscu pracy, czyli młodzieżowym ośrodku wychowawczym. Te dwie noce były nocami trudnego pożegnania...

Wieczorem chłopcy biegali jak zwykle po korytarzach, jak zwykle wrzeszczeli, jak zwykle opowiadali sobie sprośne żarty, jak zwykle mieli do siebie jakąś pretensję...

"Nie mam do was żalu o to, że zachowujecie się jak każdy chłopak" - powiedziałem im na apelu wieczornym, o 21.oo, przed nocą pierwszą. "Mam jednak prośbę, abyście wyciszyli się nieco. W tej chwili cały czas w telewizji jest mowa o tym, że umiera papież..."

Zrobiła się cisza. Może i dlatego, że chłopcy byli świadkami, że ich wychowawcy załamał się głos...? Cisza trwała już cały czas. Niektórzy chłopcy poczuli tę potrzebę, aby zasiąść przed telewizorem i do późnej, głębokiej nocy oczekiwać na wieści z Watykanu - wbrew wewnętrznemu regulaminowi, który i im, i mnie, kazał doprowadzić do tego, aby wszyscy po 22.oo byli w łóżkach...

Zupełnie wbrew naszemu ośrodkowemu zwyczajowi (nawet nie pamiętam dlaczego) miałem drugi pod rząd dyżur nocny. Kiedy przyszedłem do pracy, nie było typowych hałasów, ani bieganiny. Po apelu poczułem dziwne zmęczenie, a ponieważ mój dyżur zaczynał się formalnie dopiero za 50 minut, bo od momentu ciszy nocnej, poszedłem do  pokoju wychowawców poleżeć chwilę na leżance. W pewnym momencie poczułem, mimo odpoczynku, gwałtowny odpływ sił - niespodziewany i budzący niepokój. Patrzałem tępo w sufit. Poczułem, że muszę wyjść do ludzi. Kierując się ku drzwiom spojrzałem na zegar ścienny - była 21.4o.

Moi koledzy poszli do domów. Zostałem sam z chłopcami. Prawie wszyscy siedzieliśmy przed telewizorem. Wciąż nie było wiadomości. Aż wreszcie przyszła.

Nawet nie wiem kiedy - koło telewizora pojawiły się świeczki. Mnóstwo świeczek. Kapały łzy...




*    *    *


Nie będę nosił białej wstążki.


Zawsze chyba byłem trochę inny
i nie umiałem mechanicznie poddawać się
tym samym trendom, co pozostali ludzie,
ani widzieć takie same kolory jak oni,
ani mieć takie same myśli jak oni,
ani znajdować takie same związki między zdarzeniami.

Nigdy nie umiałem i nie zwykłem tego robić,
a zwłaszcza w porywie i na jedno hasło,
jak wszyscy ludzie dookoła mnie.
Zwłaszcza wtedy, kiedy uważałem, że prawdopodobnie
mogę się czuć jedną z nielicznych owiec
w szerokim jak morze stadzie
canis lupus okrytych białą wełną...

Czy może się stać, że kiedyś zostanę wyklęty? Dlatego, że się nie przyłączam, że nie demonstruję przynależności do Wielkiej Wspólnoty Człowieczej? Dlatego, że na zadowolonej z siebie sali potrafię nagle wywrzeszczeć: "Nieeeee...!!!"? Dlatego, że Jan Paweł II jest u mnie dużo bliżej serca i rozumu... niż rozgadanego języka i klaszczących dłoni...?



2. IV. 2005.  21:37

[03.04.2005.]


[ Krisek i jego pomysły | Odezwy, prośby i wybryki... | Bieżące odpowiedzi | Archiwalne notatki ]

BIEŻĄCE ODPOWIEDZI


[03.02.2007.]

Odpowiadam Markowi z Warszawy (Badboy215), który napisał "nie wiem czy w wieku 14 lat mozna uprawiać survival".
Zajęcia survivalowe robiłem dla całych rodzin z 5-letnimi dziećmi. Nie widzę przeszkód związanych z wiekiem. Na moje szkolenia bieszczadzkie jeździli ludzie, którzy miewali 10-11 lat. Możesz zatem jako 14-latek zająć się wkraczaniem do survivalu, ale pamiętaj, że jest to szczególna dziedzina, która trwa już przez całe życie. Bo jednym z elementów survivalu jest ratownictwo, a nie da się być ratownikiem tylko w określone dni czy lata. Ratownikiem się jest już zawsze... Dodam, że jeśli ma się mało doświadczenia w radzeniu sobie z niebezpieczeństwem, należy działać wspólnie z kimś doświadczonym. Już sam taki fakt pokaże, że na samym wstępie myślisz survivalowo. Opinie doświadczonych survivalowców pokazują wyraźnie, że nie jest survivalowcem ten, kto sam siebie pakuje w kłopoty.

Odpowiadam osobie podpisanej Szzzzzur: pisanie pracy doktorskiej zazwyczaj zmienia człowieka na całe życie. Piszesz: "Interesujące byłoby dowiedzieć się, jak s. wpływa na ludzką psychikę. Podobno po nim nigdy się nie jest takim jak przedtem". Wiedza płynąca z doświadczeń survivalowych daje człowiekowi nowe oczy i nowe uszy - mówiąc w przenośni. Napisałem wyżej Markowi, że ratownikiem się już jest na całe życie, bo nie da się inaczej - człowiek, który ROZUMIE, nie będzie postępował jak człowiek, który NIE ROZUMIE.


[14.06.2006.]

WĘDRÓWKA Z KRISKIEM ''


Krisku wiedząc ile zyskałem jeżdżąc z Tobą chcę dać tego świadectwo.
Wiem, że i tak nie szukasz wielkiej reklamy,
bo nigdy nie robisz imprez na więcej niż dwanaście osób,
ale mam potrzebę żeby ludzie wiedzieli o Twoich wędrówkach tyle
żeby wyjeżdżali z Tobą Ci co najwięcej z tego skorzystają.
Myślę, że szkoda marnować te wyprawy dla ludzi byle jakich.

No to piszę teraz, że Twoje wędrówki Bieszczadzkie są zaczarowane.
Bo umiesz traktować każdego z szacunkiem, bo robisz tak, że każdy wierzy w siebie,
bo masz dużo do opowiadania, bo jesteś prawdziwym artystą.
Bo na Twoich obozach nikt się źle nie zachowuje, nie ma chamstwa i jest pełna kultura.
Nikt się nie kłóci, jeden uczy drugiego, każdy czuje się odpowiedzialnym,
osiemnastolatek szanuje dwunastolatka, dziewczyny nie czują się gorsze od chłopaków.
Dorosły może znów poczuć się młody a nastolatek dorosłym.
Słaby nie jest wyśmiany i szybko czuje się silniejszy.
Jest bezpiecznie, z uśmiechem, z Przygodą.

Kto nie wierzy, niech przeczyta nasze wspomnienia na tej stronie:
"Wakacje 1998 z plecakiem" w części "PRZYGODY I RELACJE".

Dziękuję! Jest mi naprawdę miło... po tylu latach...
A link do Waszych przygód to Wakacje 1998 z plecakiem


[09.05.2006.]

Witam serdecznie!!!
Panie Krzyśku, piszę pracę licencjacką i potrzebuję parę tytułów książek lub artykułów, w których jest zawarta treść na temat zastosowania survivalu w resocjalizacji.
Pana strona jest bardzo bogata, ale jakoś trzeba jej poświęcić naprawdę sporo czasu, żeby znaleźć to, czego akurat ja potrzebuję :)

(...) Moja praca nosi tytuł:
"Koncepcja zastosowania survivalu w pracy z młodzieżą nieprzystosowaną społecznie".
W internecie, jak również wśród literatury na mojej uczelni, jest bardzo mało informacji na ten temat, a w zasadzie znalazłem tylko artykuł prof. Kawuli, gdzie są cytowane Pana słowa.

Został mi tylko jeden rozdział pracy, w którym muszę opisać i odpowiedzieć na pytania:
- Jak powinna być zorganizowana i prowadzona praca wychowawcza z młodzieżą trudną w Polsce?
(na to pytanie w sumie mam już odpowiedź)
- Jaka powinna być optymalna koncepcja wykorzystania survivalu w pracy wychowawczej z młodzieżą trudną?
(z tym pytaniem natomiast jest gorzej)
- Jak wykorzystać survival (sztukę przetrwania), nową formę aktywnego wypoczynku, do osiągania dobrych rezultatów w pracy wychowawczej z młodzieżą trudną, czyli nieprzystosowaną do życia społecznego?

Proszę o pomoc (...)
Pozdrawiam z Mrągowa
Student III roku
Pedagogiki Obronnej i Survivalu w Olsztynie OSW im. J. Rusieckiego

Witam.

Wcale nie jest tak prosto odpowiedziec na pytania. Dlaczego? W Polsce od zawsze stosowalo sie w wychowaniu "metode najmniejszych klopotow", albo - jak ja to nazywam - "metode negatywna". Oznacza to, ze nauczyciel czy wychowawca aktywizuje sie wowczas, kiedy dzieje sie cos zlego, zaprowadza lad (pozorny i powierzchowny) i zasiada zadowolony do poprzednich swoich zajec. W zwiazku z tym najlepiej zna uczniow, do ktorych musi wstawac, zas na ich przypadkach tworzy swa pedagogiczna biografie...

Co z tego wynika... Nie zajmowano sie nigdy tworzeniem jakiejkolwiek - wyrazistej, przemyslanej - koncepcji resocjalizacji w Polsce. Podgarnieto pare obcych wzorcow (najpierw radzieckich "kolonii wychowawczych", potem kilka amerykanskich pomyslow, o ktorych dawno sluch zaginal), a wszystkie oryginalne pomysly byly "sprytnie" zapominane. Glosze od zawsze te mysl, ze wynika to z jednego powodu - jakikolwiek pomysl jest zgubny dla kazdego pracownika, bo musialby go realizowac...

Wiem, ze metode survivalowa stosowal byly dyrektor 'poprawczaka' z Laskowca. Artykul prof. Kawuli jest jedynie niewielka wzmianka, jesli chodzi o to, co sie tam dzialo. Mysle, ze warto znalezc z nim kontakt.

Ja sam stosowalem wszelkie moje pomysly (a zawsze mialem ich duzo i niekonwencjonalne) calkowicie na wlasna reke, nie majac zadnego wsparcia ze strony swoich wladz czy jakichs oswiatowych instytucji. Owszem - napotykalem na pomoc ze strony wojska czy strazy pozarnej. Jednym z moich istotnych wnioskow jest ten:
MOJA resocjalizacja nie roznila sie niczym od 'normalnego' kontaktu wychowawczego. W obu przypadkach mialem do czynienia z podopiecznymi w jakis sposob pogubionymi i samotnymi wychowawczo (tzn. z oslabionymi zwiazkami z doroslymi), a zatem wystepowaly widoczne lub ukryte zaburzenia zachowan i kontaktow. Zawsze kluczem jest pozytywny kontakt z doroslym oraz jego propozycje. Survival dostarcza wiedzy i umiejetnosci w bardzo atrakcyjny sposob, pozwala na samorealizacje i 'trzezwy oglad' rzeczywistosci, poglebia zwiazki z innymi - a wszystko w niezwykle naturalny sposob. Wrogiem survivalu jest ideologizowanie go, oficjalnosc, mechanicznosc dzialan. Nie uwazam, zeby wprowadzanie survivalu jako literalnej metody bylo korzystne (w takiej Polsce, jaka mamy), bo zaraz zaczna go zadac od pracownikow szefowie, ktorzy nie maja pojecia o co chodzi, i realizowac podobni osobnicy...

************************************

- Jak powinna być zorganizowana i prowadzona praca wychowawcza z młodzieżą trudną w Polsce?

Ano z nastawieniem na wychowanka, a nie szefa... Powinna to byc suma zgranych ze soba programow autorskich (a wiec realizatorem jest ten, kto program stworzyl i go rozumie).

- Jaka powinna być optymalna koncepcja wykorzystania survivalu w pracy wychowawczej z młodzieżą trudną?

Koncepcja, by byc optymalna, powinna zawierac postulat stosowania metody wskutek wytworzenia potrzeb u wychowankow (czyli z ich strony zapotrzebowanie w wyniku naszych dzialan motywujacych, a nie powstanie np. ni z gruszki ni z pietruszki kola survivalowego i obowiazek uczestnictwa). Nastepny postulat, to wlasnie dobrowolnosc uczestniczenia w calosci przedsiewziecia oraz w jego etapach czy w pojedynczych zdarzeniach. Survival musi byc nieustannie inspirujacy i to warunki dzialania maja sklaniac do uczestnictwa, a nie cudze polecenie. Wychowawca jest tu wspoluczestnikiem i przewodnikiem.

- Jak wykorzystać survival (sztukę przetrwania), nową formę aktywnego wypoczynku, do osiągania dobrych rezultatów w pracy wychowawczej z młodzieżą trudną, czyli nieprzystosowaną do życia społecznego?

Survival "sam z siebie" pokazuje kto kim jest. Wnioskowanie o zdarzeniach i decydowanie o rozwiazaniach wynikaja z sytuacji zewnetrznej. Wychowawca jedynie pomaga wypracowac calosciowa ocene uczestnikow programu w swietle spelnienia wymagan. Postulat "dozwolonej biernosci" zwalnia od poczucia winy w kontekscie tradycyjnym, pozwala na samodzielne dojscie do oceny wlasnego udzialu w zdarzeniach. Stymulacja pochodzi z satysfakcji z wlasnej roli. Dalej dziala cala psychologia wychowawcza...

To w duzym skrocie. Nie istnieje u nas zadna literatura przedmiotu. Trzeba z elementow skladajacych sie na survival wywnioskowac o prawdopodobnych i oczekiwanych efektach. Tu podkresle, ze roznie sie od pozostalych "ideologow survivalu" przez rozszerzenie sztuki przetrwania z tradycyjnej wizji rekreacyjnej na "styl zycia", totez moje wizje survivalu w wychowaniu sa wlasnie tym nacechowane.

Na koniec spytam, czy moge uzyskac zgode na opublikowanie tej korespondencji (z pewnymi, oczywistymi skrotami) na mojej stronie? Buduje ja wlasnie takze z takich zdarzen.

[ Krisek i jego pomysły | Odezwy, prośby i wybryki... | Bieżące odpowiedzi | Archiwalne notatki ]

[22.01.2006.]   [25.01.2006.]   [29.01.2006.]

ZIMOWE ZACHOWANIA

Odpowiedzi na zimowe tematy przeniesione tutaj: ZIMOWE ZACHOWANIA.


[3.01.2006.]

W Księdze Gości napisał do mnie Fenris:

Survival z ang. oznacza przetrwanie, przeżycie. I to jest opisane na waszej (twojej) stronie, ALE pomijając wszelkie inne aspekty to brakuje mi wskazówek takiego prawdziwego przeżycia tzn. nie wycieczki z nożem, latarką i folią na wode :) tylko las i gołe ręce i jak wtedy przeżyć? TO jest survival.

Fenrisie! Racja jest absolutnie po Twojej stronie i po stronie survivalu. Nie dostaniesz jednak wskazówek zbyt wiele. Wcale nie dlatego, że przerasta to czyjeś możliwości, tylko dlatego, że cała sprawa jest niezwykle prosta i wymaga niewielu wyjaśnień. Jest jednak równocześnie niezwykle nieobliczalna i nie daje się do końca ogarnąć.

Wszystko, co mogą robić survivalowcy pragnący dzielić się swymi doświadczeniami, survivalowcy pasjonaci i edukatorzy, to po pierwsze opowiadać o swych przygodach z Rzeczywistością, wskazywać drogę samodoskonalenia (jak "do" we wschodnich sztukach walki) i pobudzać wyobraźnię.

Opowieści o własnych doświadczeniach są świadectwem o tym, że ktoś z czymś miał do czynienia i co z tego wyniknęło. Z tego bierze się każda ludzka nauka. Jest przecież oczywiste, że jeden człowiek nie jest w stanie poznać WSZYSTKIEGO - dlatego korzystamy z tego, co poznali inni ludzie.

Samodoskonalenie może być jedynie sprawą przypadku i odbywać się bez specjalnego Twego rozeznania - ot, takie okazjonalne i chaotyczne zrywy... Może jednak być świadomym procesem "stawania się". Ma to zawsze jakąś myśl przewodnią, jakieś reguły, jakieś metody i techniki, a przede wszystkim wyrazisty cel. W wypadku survivalu owymi myślami określającymi cel są prawdopodobnie "co?","po co?""jak?". Co, czyli efekt mego samorozwoju - w moim przypadku chodzi o wejście w poznanie i zharmonizowanie się z Naturą. Może to brzmi jakoś nieokreślenie, ale chodzi o to, by wszystko, co jest moim środowiskiem, nie było dla mnie jedynie ślepą siłą, której nawet nie rozumiem.

Po co, czyli jakie jest przeznaczenie posiadanych cech - chciałbym być wewnętrznie spójny, spokojny i kreatywny, a skuteczny na zewnątrz. Takie cechy ukierunkowują mnie na to by nie być bezradnym, kiedy sytuacja wymaga szybkiego i sprawnego działania. Ponieważ swe życie wiążę z funkcjonowaniem wśród przyrody i ludzi, moje zharmonizowanie z nimi oznacza utrzymywanie stanu "pogodnego współistnienia", do czego trzeba być również ratownikiem. I jestem nim. Oto też wytłumaczenie - "jak".

Po drugie survivalowcy mogą swe cechy ćwiczyć. W celach edukacyjnych służą survivalowe opowieści o własnych ćwiczeniach oraz zachęcanie (zapraszanie) innych do tego. Aby ćwiczyć, trzeba zaczynać od spraw prostych, mało groźnych. Trzeba też nie rozstawać się od razu i do końca z tym wszystkim, w co niemal do reszty obrośliśmy - z cywilizacją. Zaproszenie kogokolwiek do przeżycia przygody "tylko las i gołe ręce" oznaczałoby tragedię.

Kiedy wprowadzam moich młodych survivalowców do prawideł bytowania, najpierw oswajam ich z pierwocinami zimna, przemoczenia, odludzia, głodu i pragnienia. Nie daję im bólu, lęku i poczucia beznadziejności, bo tego się nie powinno dawać komuś, a i samemu do tego trzeba powoli dorastać. By umieć przetrwać. Dlatego pierwszy nocleg w lesie w zimie i w namiocie odbywa się np. na terenie mojej leśnej działki, kiedy wszyscy mamy pełne poczucie bezpieczeństwa, dach i cztery ściany w odwodzie, możliwość zrobienia gorącej herbaty w każdej chwili. Myśmy to już przeszli i teraz, w styczniu, wybieramy się na kilka dni z namiotami w Bory Tucholskie - będzie z tego nasze sprawozdanie. Przebieg tego bytowania związany będzie w lokalnymi warunkami oraz z pogodą. Nie odważę się bowiem już w tej chwili wprowadzać młodych ludzi w bytowanie podczas silnej odwilży i bez namiotów. Bo każdy survivalowiec wie, że największym zagrożeniem w takich warunkach jest nałożenie się trzech elementów: niskich temperatur, wilgoci i wiatru.

Skomplikowanie prostych spraw czyni właśnie survival nieobliczalnym. Wszystko wydaje się oczywiste: jest zimno - jestem więc ciepło ubrany. Ruszam pełen entuzjazmu. Ale nie biorę pod uwagę tego, że wiatr się zmieni na zimny i ostry, że zabłądzę i ogarnie mnie ciemność, że przewrócę się i złamię rękę, że w bólu, zimnie i zamotaniu moje witalne siły będą zabierane przez wiatr, cierpienie i beznadzieję...

A z człowiekiem tak już jest, że siedząc w fotelu przed telewizorem i zerkając przez okno na rozszalałą zimę, otulony w ciepły kocyk i pijąc herbatę z cytryną, zupełnie nie myśli o niebezpieczeństwach za szybą, o bezdomnych, zagubionych, bezsilnych ludziach. Nawet o sobie samym w podobnej sytuacji, bo zna jedynie taki swój widok, jak zakutany w szalik biegnie nawet bez kurtki na chwilę do sklepu i po chwili wraca. Jego najgorszym doznaniem jest zziębnięty nos i oczy zasypywane śniegiem przez trzy minuty...

A uprawianie survivalu oznacza właśnie przede wszystkim specyficzne myślenie...




Przy okazji odpowiem "gejowi", który również zadał mi pytanie w Księdze Gości...

jestem gejem i nic z tym nie moge zrobic. nie wiem czy to dobrze czy zle, ale mi sie dziwnie zyje miedzy ludzmi. czy survival przwiduje, ze geje istnieja? czy oni tez maja prawo przetrwania? pisze do pana, bo po przeczytaniu pana ksiazki mam wrazenie, ze nie jest pan oszolomem i zna pan zycie na wylot. a ja sie pogubilem. widzialem ze pan odpowiada w swoim notatniku, wiec prosze cos napisac, jesli to nie bedzie klopotem

Walka o życie poczęte ma sens. Bo jest to walka o życie w ogóle. A każdy człowiek - także gej - został poczęty, zatem jego życie też ma jakiś sens. Ludzie jednak pogubili się w samych technikach walczenia i żadne sensy ich specjalnie nie obchodzą, chociaż o sensie swej walki wciąż mówią. Ale tak już jest, że człowiek jeżeli coś robi, to szuka racjonalnej przyczyny tego.

Sądzę, że znaczenie walki o życie poczęte jest ukryte w zaznaczaniu wartości życia, a nie w tępieniu tych, którzy wydają się inni niż bojownicy o życie. I chyba o to głównie chodziło Janowi Pawłowi II.

W gruncie rzeczy dla Boga nie ma znaczenia czy człowiek został poczęty w probówce (bo musiały zaistnieć warunki ekstremalne, by mógł przyjść na świat), czy został tak czy inaczej skonfigurowany (przepraszam za określenie... jakby komputerowe), bo ważne jest co Bogu ofiarowuje samym sobą, a co Bogu jest miłe. Nie ludziom to oceniać, bo ludzie i tak nie pojmują tego, co boskie...

W sztuce przetrwania trzeba sobie nieustannie zadawać pytanie: "Skoro przetrwać, to w jakim stanie i po co?".




[25.3.2005.]

Na pytanie o kolejną książkę survivalową odpowiadam, że były prowadzone rozmowy wydawnicze ze znaną firmą, lecz nie zgodziliśmy się co do formy. Ja nie chcę wydawać kolejnego, zwięzłego, beznamiętnego zestawu instrukcji w rodzaju: "Żeby usiąść najpierw musisz znaleźć dogodne miejsce do siedzenia". Nie mam również ochoty na kompilację książki z książek cudzych. Stąd moje dążenie do zachowania własnego, odrębnego stylu, nawet jeżeli dla światłych purystów jest to grafomania. Poczekam na wydawnictwo, które to zrozumie. Jeśli do tego wziąć pod uwagę wynagrodzenie autorskie, niższe wielokrotnie od wynagrodzenia tych, którzy tylko tekst obrabiają do druku, może... nigdy.


[ Krisek i jego pomysły | Odezwy, prośby i wybryki... | Bieżące odpowiedzi | Archiwalne notatki ]

Archiwalne notatki


RESOCJALIZACJA... c.d.''''[23.04.2009.]

RESOCJALIZACJA... c.d.'''[12.04.2009.]

RESOCJALIZACJA... c.d.''[08.03.2009.]

RESOCJALIZACJA... c.d.'[02.03.2009.]

RESOCJALIZACJA RADNYCH ŁODZI DLA SURVIVALU MIASTA...[24.02.2009.]

RADNI MIASTA ŁODZI, RESOCJALIZACJA I SURVIVAL...[24.02.2009.]

SURVIVAL, RESOCJALIZACJA I... RADNI MIASTA ŁODZI[23.02.2009.]

COLCA CONDOR 2008 - KOLEJNA RELACJA Z WYPRAWY [11.09.2008.]

SPECYFICZNA RADOŚĆ PRZETRWANIA [06.09.2008.]

PO BIESZCZADOWANIU 2008 [02.09.2008.]

"HONOR GENERAŁA" [18.06.2008.]

RAJD STULECIA [11.03./12.04.2008.]

BIESZCZADY 2007 [08.10.2007.]

WYDRUKOWANY TEKST DLA NATIONAL GEOGRAPHIC[21.08.2007.]

MÓJ OJCIEC [22.02.2007.]

JAK TU PRZETRWAĆ NARODZIE? [11.02.2007.]

NAD RAWKĄ 2007 [07.02.2007.]

SURVIVALOWY KAMUFLAŻ [26.01.2007.]

A TO TYMCZASEM ZUPEŁNIE NOWIUTKI ROK [22.01.2007.]

CO W KOŃCU Z TYM SURVIVALEM?! [24.11.2006.]

8. EXPLORERS FESTIVAL [12.11.2006.]

KRÓTKO O SURVIVALU [08.10.2006.]

SPOKOJNY WIECZÓR [07.10.2006.]

UROCZYSTOŚCI W ARNHEM I DRIEL [03.10.2006.]

NOWY ROK SZKOLNY [05.09.2006.]

ZATRUCIE GRZYBAMI [04.09.2006.]

DEGENERACJA KONTROLOWANA [23.06.2006.]

PRZETRWANIE PATRIOTYCZNE [21.06.2006.]

WSZELKIE PASKUDZTWA [18.06.2006.]

PROCEDER WĄTPLIWEJ JAKOŚCI [10.06.2006.]

ŚMY SOBIE ZNÓW PODZIAŁALI [05.06.2006.]

TYLEŚMY OSTATNIO PODZIAŁALI [02.06.2006.]

DYKTANDO STANISŁAWA LEMA [27.04.2006.]

RESOCJALIZACJA - W STRONĘ ŚRODOWISKA OTWARTEGO [22.04.2006. / 27.04.2006]

WYPALANIE TRAWY NA WIOSNĘ [19.04.2006.]

DZIECKO W CZARNYCH CHMURACH [18.04.2006. / 20.04.2006]

DZIECKO Z KĄPIELĄ - nawet nie wykąpane... [05.04.2006.]

POGODNA NIEDZIELA [03.04.2006.]

LIST DO MEDIÓW I WŁADZ niektórych [03.04.2006.]

WIOSNA JEST...? [21.03.2006.]

PROROCTWO? [16.03.2006.]

IDZIE NOWE [27.02.2006.] [06.03.2006.] [25.03.2006.]

PRZETRWANIE W SZKOLE [14.03.2006.]

A PO ZIMIE... [21.02.2006.]

ZIMOWE OBOZOWANIE [20.02.2006.]

ZIMA SIĘ NIE SKOŃCZYŁA [12.02.2006.]

NAUKA ZACHOWANIA W SYTUACJACH ZAGROŻENIA [05.02.2006.]

IDEA SURVIVALU [04.02.2006.]

NAUCZYCIELE WALCZĄ O PRZETRWANIE [28.01.2006.]

ZIMOWE ZACHOWANIA [22.01.2006.]   [25.01.2006]   [29.01.2006.]

ZIMOWE BUTY [22.01.2006.]

WIELKA ORKIESTRA ŚWIĄTECZNEJ POMOCY 2006 [8.01.2006.]

NIE UMIAŁEM SIĘ POHAMOWAĆ... [4.01.2006.]

ZIMA [1.01.2006.]

ZAGADKA RESOCJALIZACJI [22.12.2005.]

ZAGADKA PRZETRWANIA [18.12.2005.]

STRZELCY Z BIAŁOBRZEGÓW [13.12.2005.]

ZIMOWE WĘDRÓWKI [28.11.2005.]

DO PRZODU... GOŃ...! (o rozsądku za kierownicą) [27.10.2005]   [30.10.2005.]

DZIECI XXI WIEKU [25.10.2005.]

ACH, JAK NIEPRZYJEMNIE! [25.10.2005.]

WYBORY 2005 [10.10.2005.]   [25.10.2005.]

TO TEŻ BYŁO ROK TEMU (o rozsądku za kierownicą) [01.10.2005.]

TREKKING OD KUCHNI DO ŁAZIENKI ORAZ SURVIVAL PRZY DONICZCE [12.9.2005.]

NOWINA Z "WYŻSZEGO SZCZEBLA" [05.9.2005.]

PO OBOZIE W BIESZCZADACH [15.8.2005.]   [24.8.2005.]

PO BURZACH [30.7.2005.]

Z WIZYTĄ u Krzysztofa Petka [28.7.2005.]

PRZED WYJAZDEM W BIESZCZADY [16.7.2005.]

W SPRAWIE TERRORYZMU [10.7.2005.]

WYPRAWA [26.6.2005.]

BUNKRY [12.6.2005]

POMOC DLA DVD ORAZ CD [23.5.2005.]  AMER

PO MEDIATRAVEL [12.5.2005.]

ZUPEŁNIE NOWE PROPOZYCJE [23.3.2005.]  [24.3.2005]

WIOSENNA SELEKCJA (o rozsądku za kierownicą)[4.3.2005.]

WIOSNA IDZIE [21.2.2005.]  [1.3.2005]  [23.3.2005.]

SURVIVAL NA SYBERII? [14.1.2005.]  [18.1.2005]  [15.2.2005.]

NOWY ROK 2005 [31.12.2004.]

PO ŚWIĘTACH [28.12.2004.]

POD CHOINKĘ [13.12.2004.]  [26.12.2004.]

I NADAL... JEST SURVIVALOWO [26.11.2004.]

ZACZYNA BYĆ SURVIVALOWO [23.11.2004.]

ZIMOWA WYPRAWA - grudzień 2004 [16.12.2004.]

ANKIETA QUASI-SURVIVALOWA [29.10.2004.]

BĘDĄC POD WPŁYWEM... [17.10.2004.]

PO TRANSSYBERII [3.10.2004.]

POWSTANIE WARSZAWSKIE [1.08.2004.]

UNIA, HARCERZE I SIUSIANIE [17.07.2004.]

ARNHEM I GEN. SOSABOWSKI [12.07.2004.]

BEZPIECZEŃSTWO OSOBISTE [17.06.2004.]

SYBERIA Z KOPERSKIM [24.04.200.4]

PASJA [06.04.2004.]

TERRORYZM [10.03.2004.]

SURVIVALOWE WIDZENIE [10.03.2004.][28.11.2005.]

JEREMI PRZYBORA nie żyje [06.03.2004.]

JANUSZ ŻURAKOWSKI nie żyje [10.02.2004.]

MARYLA RODOWICZ - TROCHĘ PLOTKARSKO [05.02.2004.]

OJCOWIE... [04.02.2004.]

"STYL" SURVIVALU, DLA KOGO SURVIVAL - odpowiedź na pytanie Leśnego303 [03.02.2004.]

LITERATURA NAUKOWA CYTUJE... [03.02.2004]

ODWODNIENIE, TRENING, RATOWNICTWO - odpowiedź na pytanie Navaho [29.01.2004.]   [11.03.2004.]

WOLA PRZETRWANIA - odpowiedź na pytanie Bogdana [29.01.2004.]

DOROTA TERAKOWSKA NIE ŻYJE [05.01.2004.]

SPOTKANIE Z PAŁKIEWICZEM [01.01.2004.]

[ Krisek i jego pomysły | Odezwy, prośby i wybryki... | Bieżące odpowiedzi | Archiwalne notatki ]


A OTO NASZ BANEREK...

www.survival.infocentrum.com


Możecie dokonywać wpisy w mojej 'KSIĘDZE GOŚCI' pod adresem www.survival.infocentrum.com/krisek/
lub też www.survival.infocentrum.com/koty/

najlepsze strony survivalowe


[ strona główna ] [ NOTATNIK KRISKA ] [ AKTUALNOŚCI... ]
[ FILOZOFIA SURVIVALU ] [ ABC survivalowca ] [ PRZYGODY i RELACJE ] [ ŹRÓDŁA WIEDZY ] [ DYSKUSJE i ODEZWY ] [ RÓŻNOŚCI ]
[ ENGLISH VERSION ]